Środa 13.12.2017

Raport tg: Co tu robisz cudzoziemcze?

Czy „obcy” mają z nami łatwo? Czy bez oporu przyjmujemy ich do siebie? Dlaczego cudzoziemcy wybierają właśnie Gorzów? Czy wspólne relacje czegoś nas uczą? Oto pytania, na które odpowiadamy w nowym raporcie.

Cudzoziemcy na dobre zagościli u nas w połowie lat 90. Wtedy do Gorzowa przybyła pierwsza grupa Wietnamczyków - zakładali działalność gospodarczą, otworzyli pierwsze bary, handlowali odzieżą. Ponadto przyjeżdżali do nas cudzoziemcy zza wschodniej granicy: Ukraińcy, Rosjanie, rzadziej Białorusini. Też w połowie lat 90., głównie w celach handlowych, pojawili się u nas Bułgarzy. - Panowało przeświadczenie, że Rumuni opanowali centrum, ale tak naprawdę większość z tych osób pochodziła właśnie z Bułgarii - zauważa Paweł Klimczak, dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców LUW.

Niewielu zostało tu do dziś, a tylko część z nich ubiegała się o polskie obywatelstwo. Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini stanowią najliczniejszą grupę cudzoziemców na stałe przebywających w Gorzowie. Nie rozgraniczając narodowości, rocznie polskie obywatelstwo uzyskuje 20 do 30 osób mieszkających w Gorzowie. Obywatele pochodzący z krajów wysoko rozwiniętych - Amerykanie, Anglicy - stanowią na pewno mniejszość. - Nie przypominam sobie, aby ktoś taki ubiegał się o polskie obywatelstwo – mówi P. Klimczak.

Najczęstszym powodem ubiegania się o polskie obywatelstwo jest małżeństwo. - Rzeczywiście mąż Polak czy żona Polka mocno wiąże obcokrajowców z Polską. Ponadto małżeństwo ułatwia tryb uzyskania naszego obywatelstwa – przyznaje P. Klimczak. Ale są też inne przyczyny. Osoby zza wschodniej granicy często deklarują polskie pochodzenie. Mentalnie uważają się za Polaków, mówią świetnie po polsku, mają polskie korzenie, brakuje im tylko obywatelstwa. We wnioskach są też względy ekonomiczne, bo ktoś ma firmę i biznesowo mocno związał się z Polską – po latach uznaje, że czas już na polskie obywatelstwo.

Nie ma jednak jednego urzędu dla cudzoziemców, który pomagałby im we wszelkich papierkowych sprawach. Zatem pozostaje im odwiedzać każdy urząd z osobna, tak, jak to robimy sami - kolejno idziemy od Urzędu Miasta, do ZUS-u czy do Urzędu Skarbowego.

Gdy cudzoziemiec zdobędzie już polskie obywatelstwo to właściwie traci kontakt z wydziałem. - Zapraszam na rozdanie dokumentów, przedstawiam krótką informację, która, o dziwo, jest dla nowych Polaków zaskakująca. Mówię, że z dokumentem, który mają w ręku muszą się udać do Urzędu Miasta i wyrobić dowód osobisty... i to wszystko. Są obywatelami Polski. Dlatego trudno nam cokolwiek powiedzieć na temat dalszych losów nowych obywateli – zauważa P. Klimczak.

Belete Gebreselassie: Gorzów to moje miasto
Pod koniec lat 80, studiował w Rosji, w St. Petersburgu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, gorzowiankę - również studiowała w St. Petersburgu. Jeszcze w Rosji urodziły się ich dzieci. Po raz pierwszy do Gorzowa trafił w 1989 roku. Na stałe w mieście jest od 1995 roku - prowadzi szkołę języków obcych. Pochodzi z Etiopii. Od 9 lat jest obywatelem Polski.

W połowie lat 90. cudzoziemców o innym kolorze skóry w Gorzowie była dosłownie garstka. Belete Abebe Gebreselassie był wśród nich, wspomina, że miejscowi odnosili się do niego z dystansem. - W urzędach uważnie mi się przyglądano. Nadzwyczaj dokładanie sprawdzano dokumenty. Rozumiałem, że takie zachowanie wynikało z procedur związanych z kartą stałego pobytu, o którą wtedy było bardzo trudno. Ale mimo, że administracja była nieufna, to zarazem pomocna – ocenia. Ponadto na ulicy, w bankach, w sklepach czuł, że ludzie zwracają na niego uwagę, że odbierają go jak kogoś niezwykle egzotycznego.

B. A. Gebreselassie porównuje początki pobytu w Gorzowie z tym, jak odbierany jest przez gorzowian obecnie. - Duża różnica. Teraz jest znacznie łatwiej o pełną akceptację – zauważa. Ma wielu polskich przyjaciół, znają się od lat i dystans z roku na rok jest coraz mniejszy. Od 15 lat prowadzi szkołę. Codziennie poznaje mnóstwo ludzi. Utrzymuje też stały kontakt z osobami, które uczą się u niego języków obcych i ma wrażenie, że na dobre zapominają o tym, że jest cudzoziemcem o czarnej skórze. - Moi studenci nastawieni są na naukę. Większość z nich jest zainteresowana inną kulturą. Dlatego pytają, starają się zrozumieć. Bardziej otwarte są kobiety – zwraca uwagę nasz rozmówca. Zauważa, też że w sklepie, w komunikacji miejskiej, na ulicy, w urzędzie inny kolor skóry nadal dziwi, ale nie jest już sensacją, bo przynajmniej kilka takich osób na co dzień działa i pracuje w Gorzowie. Z kolei coraz więcej gorzowian jest otwartych na świat, podróżuje, pracuje zagranicą. – To wszystko sprawia, że gorzowianie coraz śmielej nawiązują kontakt z obcokrajowcami – podkreśla B. A. Gebreselassie.

15 lat temu chciał zatrudnić Anglika, zgłosił fakt w Urzędzie Wojewódzkim. Potrzebne było odpowiednie pozwolenie. Urzędniczka była zaskoczona. Nie rozumiała. Dwa razy musiał jej powtórzyć, że to on chcę przyjąć do pracy. - Nie mieściło się jej w głowie, że Etiopczyk mieszający w Gorzowie chce zatrudnić obcokrajowca. Upewniała się, czy to ja chcę kogoś zatrudnić, czy może jedynie będę zatrudniony przez kogoś innego. Wtedy wzbudziło to wielką ciekawość. Teraz takie sytuacje na pewno nikogo nie dziwią – zwraca uwagę B. A. Gebreselassie.

Dla obcokrajowca najtrudniejszy jest pierwszy rok, choćby dlatego, że jest do załatwienia mnóstwo formalności. – To odczuwalne obciążenie. Ponadto niewiele osób się zna. Dlatego niemal wszyscy pytają: skąd jestem? A nawet, dlaczego tak, a nie inaczej wyglądam? Ale już po latach, w wielu miejscach mnie kojarzą, witają, znają moje nazwisko. Rzeczywiście czuję się tu jak w swoim mieście – opowiada B. A. Gebreselassie.

Nigdy nie miał poważnych kłopotów z osobami wrogo nastawionymi do obcokrajowców. Ale jak dziś pamięta, że przed kilku laty pobito jednego z jego kolegów, tylko dlatego, że jest czarny. Przyznaje, że unika miejsc gdzie może stać się coś złego. - Problem jednak nie dotyczy tylko Gorzowa, takie sytuacje mogą przytrafić się wszędzie – zauważa. Mimo wszystko ocenia, że dla obcokrajowca Gorzów jest dobrym miastem. Sam czuje się tu jak w drugim domu. - To bardzo spokojne miejsce. Zdarza się, że ktoś ma do mnie dystans, ale nie jest to szkodliwe. To odruch obronny, bariera charakterystyczna dla wszystkich miejsc, nie tylko dla Gorzowa – podkreśla.

A za co lubi Polaków? – pytamy. Spędzał z rodziną urlop we Włoszech, różnice miał jak na dłoni: Włosi większość czasu mówią tylko o sobie, promują swoje sukcesy. Chcą słuchać tylko wtedy, gdy informacja jest im do czegoś potrzebna. W Polsce i w Gorzowie nie ma wpadania w samozachwyt. Ludzie chętnie słuchają, zadają pytania, analizują i potrafią zauważyć to, co ich różni od innych nacji. - Gorzowianie są otwarci na inne kultury – mówi z przekonaniem B. A. Gebreselassie, bo ma w mieście wielu znajomych, często go odwiedzają. Przygotowuje im etiopskie potrawy, oni z kolei zabierają przepisy i gotują w swoich kuchniach. - Ale nie chodzi tylko o jedzenie. Są też otwarci choćby na inne doświadczenia zawodowe – dodaje nasz rozmówca

B. A. Gebreselassie dobrze się czuję wśród gorzowian. - Całkiem nieźle się razem z wami żyje. Tu jest mój drugi kraj, mój dom – podkreśla. Właśnie tu od wieku przedszkolnego wychowują się jego dzieci – teraz mają ponad dwadzieścia lat - i czują się tu dobrze. Zauważa, że można tu spokojnie żyć i pracować. Jest też gdzie szukać pomocy jeżeli jest potrzebna. Absolutnie nie czuje się zamknięty w gronie najbliższych. Nawet brakuje czasu na to, aby spotykać się ze znajomymi. Wszystkie soboty na długo ma już zarezerwowane.

Bożena Pomykała-Kukorowska: Opowiem wam coś o Niemcach
Niespełna dwa lata temu powstał polsko-niemiecki spektakl Lis Przechera, w którym grała Bożena Pomykała-Kukorowska, aktorka z Gorzowa. Oprócz niej brał w nim udział Jan Mierzyński. Było też dwoje Niemców. Producent i reżyser również pochodzili z Niemiec. Ale zaczęło się od Marleny. To był jej pierwszy monodram przygotowany w języku niemieckim. Prezentowała go również w Niemczech. Stąd wie, że Niemcy są nauczeni innego aktorstwa niż Polacy. - Z Jankiem Mierzyńskim sporo dyskutowaliśmy o różnicach w podejściu do pracy aktora tu i za Odrą. Nasze spostrzeżenia przedstawialiśmy kolegom z Polski - nie bardzo wiedzieli o co nam chodzi. Tymczasem u nas aktor pracuje w innym systemie. Różnica może nie jest fundamentalna, ale w efekcie bardzo istotna – zwraca uwagę gorzowianka.

U nas dzień prób rozdziela czterogodzinna przerwa. Aktor pracuje od 10 do 14, a potem od 18 do 22. Tak jest w każdym polskim teatrze. - Przy Lisie Przecherze siedzieliśmy całymi dniami od rana do nocy. Były jedynie krótkie przerwy na posiłek. Niemcom mówiliśmy wprost, że te same zadania rozciągnięte na cały dzień można byłoby bez problemu przerobić nie w dwanaście, ale w osiem godzin. To nic nie dało. Wyszło, że musimy inaczej rozłożyć energię: wstać rano, wypić kawę i nakręcić się na cały dzień, a wieczorem być przygotowanym na dodatkowe rzeczy do zrobienia – opowiada B. Pomykała-Kukorowska.

O Niemcach mówi, że na pewno cenią polskich aktorów, inaczej nie chcieliby współpracować. Jednak trudno jej powiedzieć czy Niemcy czegoś nam zazdroszczą. - Na pewno nie powiedzą tego wprost. Choć może był taki moment... Zaproponowałam, aby fragment zrobić w wersji rap. Cały zespół od razu to kupił. To był dość długi tekst, trzeba było go ciekawie ugryźć. Moja, polska wersja poszła bez kłopotów. Miriam Wagner miała przygotować tą samą część po niemiecku, ale nie bardzo jej wychodziło. Powiedziałam, że jak trochę poćwiczy to na pewno będzie ok. Ale po kilku próbach nie wracała już do swojej wersji - załatwiła u producenta, że nie będzie tego robić. Zatem, gdy coś idzie nie po ich myśli to szybko się poddają. Z nami jest nieco inaczej – zauważa B. Pomykała-Kukorowska.

Rozciąganie pracy na długi czas i skupianie na detalu to charakterystyczne dla niemieckich aktorów. - Trudno mi ocenić czy to ich siła. W teatrze to może raczej słabość, ale gdy widzę ich mosty i drogi to Niemcy wypadają znacznie lepiej. U nas wszystko jest robione na szybko i po kilku miesiącach się rozpada. Jednak jeżeli chodzi o przyzwyczajenia aktorskie to u nas pracuje się intensywniej i przez to krócej. Jest delikatna i trudna do uchwycenia różnica w pracy aktora polskiego i niemieckiego. Tego nie da się konkretnie powiedzieć. To trzeba zobaczyć w praniu, na próbie – podkreśla aktorka z Gorzowa. Zwraca też uwagę, że są przynajmniej trzy powody, dla których warto współpracować z Niemcami we wszelkich dziedzinach – dla poznania języka, dla poznania nowych miejsc i dla pieniędzy. Podobnie w teatrze: jest przygoda artystyczna, szlifowanie języka, no i oczywiście lepsze pieniądze.

Gdy pracowała przy Lisie Przecherze ciągle marzyła o swoim teatrze, o własnej toaletce i krześle, o swojej pani garderobianej, o fryzjerce z teatru. Przy projekcie polsko-niemieckim wszystko musieli robić sami. Począwszy od czesania, ubierania się, po pranie, prasowanie. Nie było mowy o suflerze. Aktorka przyznaje, że luksus w stacjonarnym polskim teatrze jest ogromny. – Nie doceniamy tego na co dzień – zauważa.

Justyna Hołyńska: Hindusi są bardzo pracowici
Dr Justyna Hołyńska, prowadzi szkołę języka polskiego, jest wykładowcą w WSB i adiunktem na Uniwersytecie Szczecińskim. Obcokrajowców, których uczy języka polskiego grupuje według kultur z jakich się wywodzą. - W zależności skąd pochodzą mają różne podejście do nauki. Najbardziej pracowici są hindusi. Zresztą wszyscy azjaci są sumienni w nauce. Ich cierpliwość do polskiego wynika z faktu, że sami posługują się trudnymi językami z dużą liczbą różnych odmian. Nie dziwi ich zatem fakt, że język polski jest fleksyjny – zauważa.

Z jej lekcji polskiego najczęściej korzystają cudzoziemcy wywodzący się z krajów arabskich oraz hindusi. Z Europy są głównie Niemcy i Francuzi – najczęściej menedżerowie, osoby wykształcone, podróżujące po świecie. Najmniej problemów z językiem polskim mają Rosjanie i Ukraińcy. Oni też najrzadziej decydują się na lekcje. Większe problemy z polskim mają obcokrajowcy, których ojczystym językiem jest angielski. - Wynika to z faktu, że angielski jest dużo prostszy od polskiego. Nie ma w nim odmiany przez przypadki. Dzieci w szkole nie uczą się gramatyki. Z drugiej strony gorzowianie coraz lepiej mówią po angielsku i rozmowa z obcokrajowcem daje im świetną okazję, żeby sprawdzić sprawność językową. Często wykorzystują cudzoziemców do tego, aby szkolić swój język. Paradoksalnie, coraz lepszą znajomość angielskiego wśród gorzowian widać po tym, że coraz trudniej osobom z krajów anglojęzycznych nauczyć się polskiego – zauważa J. Hołyńska.

Oczekujemy od obcokrajowców, że skoro są w Polsce to powinni szybko nauczyć się naszego języka. Tymczasem nie zdajemy sobie nawet sprawy jak trudno im go opanować. Nasze rozmówczyni zauważyła, że na bardzo dobre opanowanie języka od zera potrzeba około 10. lat. Jednak jeżeli obcokrajowiec coś już powie po polsku to spotyka się z naszym uznaniem. J. Hołyńska jest przekonana, że obcokrajowcy mieszkający w Gorzowie wzbogacają naszą kulturę. - Dzięki nim możemy wejrzeć we własną kulturę świeżym okiem. Są jak lustro w którym możemy się przejrzeć. Mają na nas pozytywny wpływ. Ludzie stają się otwarci, a z drugiej strony bardziej świadomi siebie i własnej kultury – podkreśla.

Segbuyota Efevberha: Chyba opatrzyłem się już mieszkańcom
W Gorzowie jest od prawie trzech lat. Dwa miesiące temu otrzymał polskie obywatelstwo. Anna poznała go 5 lat temu. Przez Internet korespondowali przez rok. Potem pojechała do Segbuyota do Nigerii. Tam się pobrali. Anna wróciła do kraju. Przez rok walczyła o to, żeby sprowadzić swojego męża do Polski. – Były problemy ze strony polskich władz. Gdy zmienił się nasz konsul w Nigerii w końcu dostaliśmy wizę – mówi.

Segbuyota dobrze się czuje w Gorzowie. Choć przyznaje, że przytrafiły mu się nieprzyjemne sytuacje. Gdy był z żoną na spacerze w parku usłyszał „k...wa wracaj do siebie”, „zabiję cię”. – To byli skini – wyjaśnia Anna. Innym razem wracał z pubu. Wsiadł do tramwaju, jakiś chłopak zaczął mu wygrażać. - Nie reagowałem. Człowiek wysiadł na tym samym przystanku co ja, ale w końcu odpuścił. Może był pijany – zastanawia się Segbuyota.

Denerwuje go, że czasami w autobusie czy tramwaju ludzie nachalnie mu się przyglądają. – To jest trochę, żenujące. Jednak zdarza się to coraz rzadziej. Chyba opatrzyłem się już mieszkańcom – mówi z uśmiechem.

Z kolei z akceptacją Segbuyota w rodzinie Anny nie było żadnych problemów. Znajomi byli bardzo zainteresowani, tym jak wygląda i jak obojgu ułoży się w małżeństwie. Szybko dostrzegli, że mąż Anny jest otwarty i przyjaźnie nastawiony do ludzi. Annie tylko raz zadano pytanie, które kompletnie ją zaskoczyło. – Ktoś zapytał czy nie boję się, że mąż porwie moje dziecko i ucieknie do Afryki. Nie wiedziałam co powiedzieć. Poza tym incydentem wszyscy, chwalą Segbuyota. Zwracają uwagę, że jest pracowity, potrafi zająć się domem, świetnie gotuje i dba o mnie i córkę. Podkreślają, że jest sympatyczny, uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do ludzi – opowiada.

Tom Bucknall: Nie mówię po polsku, bo tu wszyscy nawijają po angielsku
Tom Bucknall ma 30 lat jest Anglikiem. Pracuje w firmie Horyzont Group, która specjalizuje się w inwestowaniu na polskim rynku nieruchomości. W Gorzowie jest od trzech lat. Podkreśla, że miejscowi są przyjaźni, gościnni i mocno angażują się w wykonywaną pracę. Wielu z nich bardzo mu pomaga. Zaskoczyło go, że większość gorzowian świetnie mówi po angielsku. Zwraca uwagę, że właśnie z tego powodu trudno mu nauczyć się polskiego. -Niemal wszyscy chcą ze mną mówić po angielsku – zauważa. Gdy próbuje mówić po polsku współpracownicy starają się go zrozumieć. Jednak zazwyczaj kończy się tym, że przechodzą na angielski.

O Gorzowie mówi, że to ciekawe miejsce, które cały czas się rozwija. Uważa jednak, że ciągle są potrzebne kolejne nowe restauracje, puby, bary i imprezy kulturalne. Cieszy go, że powstaje następna galeria handlowa Nova Park i Filharmonia. – Te obiekty oznaczają nowe możliwości dla miasta i mieszkańców – zauważa. Dostrzega też problemy, na przykład fatalny stan dróg. Podkreśla jednak, że w ciągu ostatnich lat i w tej materii sporo się zmieniło na lepsze. Z kolei bardzo narzeka na długi tryb załatwiania urzędowych spraw, biurokrację i odwlekające się terminy decyzji. Przyznaje, że w Gorzowie jest coraz więcej atrakcji, ale to nadal miejsce, w którym jest mniej możliwości biznesowych i zawodowych. Za to jego plusem jest to, że życie płynie w nim wolniej. Uważa, że Gorzów jest bardzo dobrym miejscem do mieszkania, założenia rodziny. Z kolei do miast, które oferują więcej atrakcji zawsze można jakoś dojechać.

To co mu przeszkadza najbardziej, to brak odpowiedniej komunikacji drogowej. Ocenia, że Gorzów ma świetne położenie geograficznie, a ograniczenia dotyczą tylko braku możliwości szybkiego podróżowania. Brakuje bezpośrednich połączeń kolejowych z Warszawą i dobrych dróg do Poznania i Berlina. - Gorzów to miasto w samym środku Europy, ale zarazem tragicznie skomunikowane z dużymi ośrodkami. Gdy chcę się dostać do Krakowa, to najpierw muszę jechać samochodem do Poznania, tam wsiadam w samolot do Warszawy, potem z kolei w samolot do Krakowa – opowiada T. Bucknall.

Adam Oziewicz & Marcin Cichoń

  1. Adres redakcji:
  2. ul. Łokietka 32/40 (kaskada, III p.)
  3. 66-400 Gorzów Wielkopolski
  1. Nasze telefony:
  2. redakcja: 95 736 62 22
  3. sekretariat: 95 736 62 22 wew. 100
  4. reklama: 95 736 62 22 wew. 102
  1.  
  2.  
  3.  
  1. Copyright 2017 tylko gorzów
  2. Design by trzyGieGRX design studio
  3. 14450