Czwartek 17.08.2017

Raport TG: Gdzie znaleźć serce miasta? Oczywiście, że wśród aktywnych

Gdy trzeba, pomagamy. Gdy coś się dzieje fajnego „na mieście” nie odwracamy głowy, za to chętnie przyłączmy się do akcji. Ale czy to rzeczywiście tak ma wyglądać nasza aktywność? Dookoła słychać, że gorzowianie są bierni. Czy rzeczywiście tak jest?

Grzegorz Musiałowicz, pracuje w MZK, jest ławnikiem w sądzie pracy, pisze felietony do miesięcznika Gorzów In Touch, ma dwójkę dzieci syna i córkę, mieszka na Zawarciu na osiedlu Ułańskim. Od lat działa w Stowarzyszeniu na Rzecz Rozwoju swojej dzielnicy. Nie zgadza się z opinią, że gorzowianie są bierni. Są aktywni, ale tego nie widać. Nie twierdzi, że to aktywność duża, ale jest spore grono osób, które chce działać i działa. W młodszym pokoleniu, urodzonych po stanie wojennym, są osoby, które udzielają się jako wolontariusze. Ponadto organizacji społecznych w mieście działa sporo – to tez o czymś świadczy. - Ludzie mają zapał Ale często to słomiany zapał. Gdy zakładaliśmy stowarzyszenie to ludzi się zgłosiło full. Potem zaczęli się wycofywać. Jeden pan się obraził i do dzisiaj nie wiem o co? – zauważa.

Jego Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Zawarcia powstało w 2005 roku. To była jego pierwsza sformalizowana działalność na rzecz swojej dzielnicy. Należy do „ludności napływowej”. Mieszka na Zawarciu dopiero od 1995 roku. Od dziecka słyszał o Zawarciu, że to gorsza część miasta. Ale kiedy szukał swojego kąta okazało się, że właśnie tam są mieszkania porządnie wykończone i niedrogie. - Zdecydowaliśmy, że zamieszkamy właśnie tam. I od razu zacząłem się przekonywać, że to jest część Gorzowa, która wcale nie odstaje od innych, a nawet jest bardziej przyjazna, lepiej zorganizowana przestrzennie – zauważa.

Nie jesteśmy aktywni, bo łatwiej uciec w sferę życia prywatnego. Po ośmiu, czy dziewięciu godzinach pracy wiele osób wraca do swojego życia. - Jednak jeżeli to przybiera rozmiary totalnego „tumiwisizmu” to zaczyna być bardzo źle. Przykład: to nie urzędnicy powinni decydować o ewentualnym skróceniu nazwy Gorzów Wielkopolski na Gorzów. Takie inicjatywy powinny wychodzić oddolnie. Ciągle jednak widać przewagę czynnika administracyjnego nad obywatelskim – ocenia Paweł Leszczyński, radny, wykładowca PWSZ. Uważa też, że brak aktywności wynika również z niedostatku kapitału społecznego, czyli poziomych więzi pomiędzy ludźmi, które są „klejem” społeczeństwa. Dlatego nie potrafimy się łączyć dla małych spraw: ulicy, kamienicy, elewacji czy zorganizowania koncertu. Mamy małe zaufanie do siebie, które wynika z niedotrzymywania obietnic w drobnych sprawach na przykład umawiam się, że oddam książkę za dwa miesiące a nie oddaję i nie informuje choćby sms-em o powodach. - Takie wydawałoby się drobiazgi powodują destrukcję zaufania na większą skalę – podkreśla.

Gorzowianie pod względem działalności społecznej nie są mistrzami świata, ocenia Jacek Bachalski, przedsiębiorca, parlamentarzysta, człowiek wielu inicjatyw. Podkreśla, że wspólnotę buduje się po przez aktywność na rzecz wspólnego dobra. A zarazem to, jak je traktujemy jest miernikiem naszej aktywności. - Jesteśmy trochę na peryferiach cywilizacyjnych, nawet Polski. Jesteśmy mało aktywni. Mamy niższe aspiracje niż inni. Naszej społeczności „zależy mniej”. Szybciej jesteśmy usatysfakcjonowani i szybciej się rozgrzeszamy z przeciętności. Aby to zmienić musimy więcej pracować, lepiej się uczyć, zakładać własne firmy i stawiać na innowacyjność. To jest też kwestia znajomości języków obcych, otwartości na inicjatywy zagraniczne, wyjazdy. Mamy setki przedsiębiorców w mieście, ale czy oni wychodzą poza granice miasta czy kraju? Czy mamy instytucje, które mogą im w tym pomóc, żeby rozwinąć swój biznes na przykład w Niemczech. Czy tego typu działania wychodzą poza papierowe deklaracje? – pyta retorycznie J. Bachalski.

Co poradzić na deficyt aktywności?
Daniel Adamski, artysta multimedialny, fotoreporter „Gazety”, organizator inicjatyw społeczno – artystycznych, od niedawna także nauczyciel fotografii w Liceum Plastycznym i w III Liceum i Gimnazium uważa, że w Gorzowie cały czas jest deficyt spontanicznych artystycznie akcji i pewnie dlatego za każdym razem ludzie przychodzą na współorganizowane przez Daniela imprezy. - To działa trochę na zasadzie, że jeżeli my tego nie zrobimy to prawdopodobnie nikt inny w mieście tego nie zrobi. Działamy niekomercyjnie, opieramy się na kontaktach koleżeńskich, to też wpływa na to, że ludzie dobrze nas odbierają – opowiada.

Według J. Bachalskiego warunkiem utrzymania wysokiej dynamiki wzrostu gospodarczego jest wzajemna, nieobciążona wysokimi kosztami, współpraca. Tu leży główna rezerwa na wzrost. Ma wrażenie, że w Gorzowie niewiele osób rozumie tę zależność. Kluczem do współpracy jest obok zdolności do kompromisu - wzajemne zaufanie. Z tym wiążą się niższe wydatki na zabezpieczanie się przed rozczarowaniem, oszustwem, fiaskiem czy bankructwem. - Jeżeli ufam partnerowi to nie muszę go ciągle sprawdzać, kontrolować i zabezpieczać na milion sposobów. Przecież to wszystko kosztuje. A w taki sposób postępują nie tylko jednostki, ale również banki, ubezpieczyciele, dostawcy mediów, rozrywki itd. To jest taka nasza gorzowska nieufność. Bardzo kosztowna nieufność. Nie jesteśmy jako społeczność nastawieni na współpracę. Reprezentujemy niski kapitał społeczny. Nie do końca cieszy nas sukces sąsiada, czy nawet kogoś bliskiego – zauważa ze smutkiem.

- Z moich obserwacji na forum Rady Miasta wynika, że organizacje pozarządowe są bardzo ważnym ogniwem. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, to od nich jako pierwszych przychodzą informacje, co dzieje się w schronisku dla zwierząt. Prężnie działają organizacje kultury takie jak te, które promują kulturę łemkowską, czy Uniwersytet Trzeciego Wieku – wskazuje pola aktywności P. Leszczyński.

Bogusław Bohdanowicz, prezydent gorzowskiego klubu Rotary, na co dzień prowadzi mała firmę budowlaną. Jego klub zrzesza 10 osób, to niewiele, ale podstawą jest jakość tych osób. -Pracujemy nad tym, aby przyjąć w nasze szeregi nowych ludzi, żeby nas wzmocnić, bo przy 10 osobach niewiele można zdziałać – przyznaje. Działalność Rotary to praca charytatywna. Członkowie nie biorą za działalność żadnych pieniędzy. Muszą to zrobić w wolnym czasie, kosztem swoim i swoich bliskich. Warunkiem przynależności do Rotary jest rekomendacja jednego z członków. Potem każdy z klubu Rotarian ma prawo wyrazić opinię na temat osoby wprowadzanej – jeżeli nie ma zastrzeżeń, to jest przyjmowana. Członkowie są tak dobierane, aby była różnorodność profesji w grupie. Rekrutują nowych członków spośród swoich znajomych, z osób, które znają i które mogą z czystym sumieniem polecić. Rotary to organizacja non profit. Działa w strukturze Rotary International, siedzibą główną są Stany Zjednoczone, a w Europie Szwajcaria. Poszczególne kluby po przez składki i inną działalność wspierają filar założycielski w Europie. Tworzą sieć. Celem sztandarowym organizacji jest walka z polio – zaczęła się w 1985 roku. Dotąd zaszczepiono ponad miliard dzieci. Założenia są takie, że w przyszłym roku już nigdzie nie będzie polio.

W Gorzowie realizują też własne cele lokalne. Od trzech miesięcy pracują nad zakupem busa dla Koła Polskiego Stowarzyszenia Na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym przy Walczaka. - Po prostu fizycznie zbieramy pieniądze. W tym działaniu wspierają nas Rotarianie z Niemiec – tłumaczy B. Bohdanowicz.

Liderzy poszukiwani od zaraz!
P. Leszczyński podkreśla, że skuteczność organizacji wynika z dobrego przywództwa. Stowarzyszenia funkcjonują w oparciu o mocnego lidera. Jeżeli jest ktoś, kto nadaje ton organizacji to ona aktywnie działa. Jeżeli lider odchodzi lub umiera – co też się przecież zdarza – to następuje tąpnięcie w organizacji, i albo się pozbiera i wybierze nowego lidera albo zniknie. Z kolei porównując aktywność gorzowian do mieszkańców innych miast wypadamy gorzej. - Weźmy Wrocław, Poznań, czy Gliwice tam tradycje zaangażowania społecznego są dużo większe. Kolejną kwestią jest zatem mentalność. Funkcjonuje też przekonanie, że nie warto działać, bo od pewnych zadań jest władza publiczna. Brakuje nam również cierpliwości w oczekiwaniu na efekt działalności społecznej – wylicza powody naszej bierności P. Leszczyński.

Zdarza się, że ludzie rozpoznają go na ulicy i kojarzą z działalnością społeczną, ale rzadko. Częściej po prostu telefonują na numer stowarzyszenia. - Są różne sprawy, poczynając ostatnio od wody w piwnicy, wcześniej spotkałem się opiniami, że powinienem kandydować w wyborach czego ostatecznie nie zrobiłem za co zbieram baty. Ale z kolei cztery lata temu zbierałem baty za to, że kandydowałem. Zatem bilans jest na zero – mówi z uśmiechem G. Musiałowicz.

D. Adamski najpierw prowadził autorski dyplomowy projekt na studiach ASP Poznaniu – „Prawo i Miłość”, w działania zaangażował sporo osób. - Potrzebowałem ludzi do sesji zdjęciowych, happeningów, do przeróżnych akcji. Wszystko trwało dwa lata 2006-2007, wtedy partia PiS rządziła, a ja byłem samozwańczym artystą propagandowym. Gdy po dwóch latach kończyłem ten projekt - chciałem przestać być artystą propagandowym, bo PiS przestał rządzić - podziękowałem wszystkim uczestnikom. Okazało się, że uzbierało się 88 osób – to pokazało potencjał gorzowian. W projekcie brali udział i zwykli gorzowianie i politycy i dziennikarze i kuratorzy wystaw i artyści – z różnych środowisk po kilka, kilkanaście osób – mówi D. Adamski.

Pewnie dlatego łatwiej mu było realizować „Projekt 751” - święto młodych artystów. Przy okazji powstała płyta „Piosenki miasta średniej wielkości” na której wystąpiło ponad dwadzieścia osób. Potem była pierwsza edycja „Galerii Bezdomnej”, która pomieściła 80. autorów i kilkunastu muzyków, czyli kilka gorzowskich zespołów. Razem koło 100 osób. - Wszystko udało się zorganizować w tydzień. W poniedziałek poszła informacja w mediach, że coś takiego robimy, a już w sobotę mieliśmy cały budynek przy Chrobrego zajęty ludźmi i ich pracami. To pokazuje, że jest zapotrzebowanie na taką aktywność – wystarczy stworzyć warunki i mieć jakąś ideę – ocenia D. Adamski. To potwierdził też następny rok i dwie wystawy w budynku po byłym Domu Dziecka. Pierwszą międzynarodową wystawę o nazwie "iD" zorganizował gorzowianin Bartek Nowak, który mieszkał wówczas w Irlandii i zaprosił artystów z Irlandii i Polski. Czerwony Spichlerz rok temu też miał duże zainteresowanie. To kolejne przykłady, że mnóstwo rzeczy może się w Gorzowie udać.

Organizacje pozarządowe
- Pierwszy duży projekt, który zaczęliśmy opracowywać na rzecz Zawarcia nie był projektem konkretnie stowarzyszenia, ale Justyny Choroszko – był oparty na jej pracy magisterskiej i paru innych opracowaniach. Chodziło o stworzenie dla jednego z kwartałów Zamościa projektu rewitalizacji starej substancji mieszkaniowej. My z tym wystąpiliśmy do Urzędu, opracowaliśmy plan działań – chodziło też o zbadanie struktury własnościowej, społecznej i dochodowej – opowiada G. Musiałowicz. I osiągnęli coś, czego w żadnych planach nie mieli: Zawarcie zaczęło być postrzegane jako pozytywna dzielnica. Nagle niektórzy ludzie z przestali się wstydzić swojego miejsca. Coraz częściej zaczęli głośno mówić, że urodzili się czy mieszkają na Zawarciu. G. Musiałowicz podejrzewa, że jeszcze pięć lat wcześniej byłoby to niemożliwe. Jest też przekonany, że w jakiś sposób przyczynili się do tego, że więcej pieniędzy popłynęło na Zawarcie.

Założeniem Rotary jest to, aby lokalni przedsiębiorcy pomagali sobie wzajemnie - jeden drugiego wspiera przez to grupa staje się silniejsza i może więcej robić dla lokalnej społeczności. - Małymi kroczkami staramy się zrobić coś dla gorzowian. Szczególnie dla dzieci ze szkół specjalnych – organizujemy ferie, drobne upominki dla szkół. Myślimy głównie o dzieciach ciężko doświadczonych przez los, np. z domu dziecka – przedstawia strategię działalności prezydent gorzowskich Rotarian. Organizują wyjazdy zagraniczne dla młodzieży. Odbywa się to na dwa sposoby: krótkoterminowo, na około dwa tygodnie i długoterminowo, na rok. Pod koniec sierpnia kolejna młoda osoba wyjeżdża na rok do Stanów Zjednoczonych, będzie się uczyła. W zeszłym roku z kolei w Gorzowie była Brazylijka Lorena, która była przez rok w rodzinach rotariańskich, uczyła się w liceum przy Puszkina.

Jacek Bachalski pyta, ile mamy stowarzyszeń? I od razu sam odpowiada: - Zarejestrowanych jest wiele, ale aktywnych wcale nie ma aż tak dużo. Młodzi ludzie uciekają do innych miast i krajów. Liderzy społeczni nie odnajdują tu właściwego gruntu. Do tego nie doceniamy aktywności społecznej. Kiedyś uczyłem emerytów angielskiego za darmo. Byli wdzięczni, a co najważniejsze chętnie się uczyli języka dając mi w zamian ogromną satysfakcję. Pamiętam jednak, że wcale nie było wielu chętnych do nauki.

Miasto ma kłopot z aktywnością?
G. Musiałowicz przyznaje, że w Gorzowie, gdy ktoś stara się cokolwiek zrobić to napotyka na ścianę postawioną przez władze miasta – urzędnicy nie chcą, żeby ktoś wchodził w ich sprawy i robił coś oddolnie.

P. Leszczyński też nie problemu ze wskazaniem głównego czynnika, który odstręcza od aktywności społecznej. To przekonanie, że działania w organizacji pozarządowej nie zawsze wspierane są przez władze publiczne. Może to wynikać z tego, że składając projekt – są konkursy ofert ogłaszane przez różne wydziały (społeczny, kultury, kultury fizycznej) – nie dostajemy dotacji. - To sprawia, że przychodzi pewne zniechęcenie. Musimy jednak pamiętać, że miasto nie zawsze narzuca skomplikowane formalności, często wynikają one z ustaw i aktów prawnych tworzonych przez parlament czy rząd. Dochodzimy zatem do ściany nazywanej biurokratyzacją – zwraca uwagę radny.

Magistrat wcale nie cieszy się z oddolnych inicjatyw społecznych, bo to oznacza, że urzędnicy mają dodatkowe zadania. - Oczekuję od prezydenta i urzędników więcej entuzjazmu dla liderów społecznych. Nie chodzi o manifestowanie swoich postaw, ale np. wspólne wybudowanie drogi, czy rozwiązanie problemu infrastrukturalnego – podpowiada J. Bachalski.

Aktywność jest nieakceptowana, ale rzadko
- No pewnie, że są osoby sceptycznie odbierające nasze akcje! Ale wtedy po prostu do nas nie przychodzą – zauważa D. Adamski. - Ale w Letniej byliśmy bardzo gorąco przyjęci. Wielu stałych bywalców mówiło, że w życiu tu nie widziało żywego perkusisty, a chodzą tam od 30 lat. Tak było podczas koncertu Creski, który promował kolejną edycję Reagge nad Wartą. Była tam też impreza nieformalnej grupy artystycznej do której należą Daja Weiss oraz Magdalena Styczeń, Marcin Ciężki i Julia Skudynowska – zorganizowali bal kostiumowy, degustację ciasta i wystawę malarstwa – dodaje. Negatywny odbiór ich działań może wynikać z zazdrości osób starszych, które od wielu lat działają w sztuce i nigdy nie udało im się zorganizować czegoś tak dużego, z zaangażowaniem tak wielu osób. - Szukano różnych wad naszych imprez. Tym się nie przejmujemy, bo nie chodzi nam o perfekcje organizacyjną tylko o przeżycia i spontan tworzenia – podkreśla D. Adamski.

Zdarza się krytyka tego, co robią. Tak było w przypadku widokówki, gdy rozpisali konkurs na zdjęcia, które się na niej znajdą. - Ktoś napisał na jakimś forum: co to za pomysł na konkurs, przecież nic z tego nie będziecie mieli, a widokówkę możecie sobie wydać sami. Grzecznie odpisałem, że w takim razie czekam na to, aż ktoś wyda kolejną widokówkę Gorzowa oddolnie. Nikt dotąd tego pomysłu nie powtórzył – zauważa G. Musiałowicz.

Coś się jednak udaje zrobić
- Podczas swoich działań spotkałem w Gorzowie wiele osób o których istnieniu nawet bym nie pomyślał, a które chcą bezinteresownie pomagać. To dowód, że na pewno w miesicie nie brakuje osób aktywnych społecznie, charytatywnie – ocenia sytuację B. Bohdanowicz. Według niego gorzowianie powinni też zacząć aktywność od własnego podwórka. Nie wychodząc za daleko od domu można posprzątać, czy choćby rzucać śmieci do kosza, a nie obok. - Nie powinniśmy obawiać się zwracania uwagi, tym którzy śmiecą. To też jest aktywność, może nie taka z pierwszych stron gazet, ale równie ważna. Z tym jesteśmy na bakier – podkreśla. Przyznaje też, że sytuacja ekonomiczna często nie pozwala na aktywność społeczną. Uważa, że to nie jest łatwy czas, bo działalność pozazawodowa jest uwarunkowana stabilnością finansową. - Sytuacja zmusza nas do pracy nie przez pięć dni w tygodniu a sześć, nie osiem, a dwanaście godzin dziennie - zauważa.

Jacek Bachalski przypomina sobie swój projekt „Edukacja bez granic”. Zgromadził młode osoby, które miały pewną wiedzę na temat nauczania języka obcego i zaangażował je w projekt uczenia ludzi starszych, emerytów, bezrobotnych. Dzięki II LO w Gorzowie projekt wypalił. Okazuje się, że można. Innym razem, gdy był posłem prowadził Lubuską Szkołę Liderów Społecznych. - Miałem około 20 młodych osób. Zaprosiłem do projektu ludzi sukcesu - prezesów i dyrektorów firm, którzy podczas wykładów tłumaczyli, że warto być aktywnym, warto się starać, rozwijać. Jednak nawet na tę szkołę, która była za darmo również nie było nadmiaru chętnych – wspomina.

- Chyba należę do ludzi leniwych. Ale gdy pojawia się pomysł, taki jak nasza widokówka Zawarcia, który podsunął inny członek stowarzyszenia Adam Mrukowicz, to po prostu zaczyna się go realizować. Dzięki komputerowi mam kontakt praktycznie ze wszystkimi. Jeżeli coś potrzebuję to mam to w zasięgu ręki. Może ktoś przeciwko temu zaprotestuje, ale działalność społeczną z powodzeniem można prowadzić zza biurka, takie stwierdzenie może być mało popularne, ale zapewniam, że jest prawdziwe. Jeszcze nie ma południa a już napisałem felieton do miesięcznika i zacząłem pisać wnioski dotyczące nadania paru nowym ulicom imion ich mieszkańców – mówi o swoich działaniach G. Musiałowicz.

Bogusław Bohdanowicz: - Statuetka „Sukces”, którą przyznajemy jako gorzowski klub rotariański jest naszą próbą docenienia osób, które pracują na rzecz lokalnego środowiska. Dotąd wyróżniliśmy osiem osób

Grzegorz Musiałowicz: - Urzędnicy uważają, że są tymi osobami, które wszystko będą robić za mieszkańców. To źle, gdy się ciągle myśli, że mieszkańcy to szara masa, którą jak się nie pokieruje to sama nic nie zrobi. O własną siedzibę ubiegamy się już trzy lata. Kiedyś wystąpiliśmy do miasta o lokal dla stowarzyszenia - zaproponowano nam nieogrzewaną halę magazynową na Zakanalu

Paweł Leszczyński: - Następuje ucieczka w prywatność, abdykacja od spraw społecznych, od zaangażowania w życie publiczne. Najlepszym dowodem jest frekwencja w wyborach samorządowych – tylko 41 procent, a przecież to właśnie w samorządzie rozstrzyga się sprawy ważne dla mieszkańców. Co z pozostałą grupą mieszkańców? Nie zależy im na ulicach przy których mieszkają?

Daniel Adamski: - Przez 10 lat mocno się angażowałem we własną twórczość, brałem udział w wystawach, koncertach, jeździłem po Polsce. W pewnym momencie zmęczyłem się i powiedziałem sobie, że już dość. Ale za to całą energię przerzuciłem na wspólne działania z przyjaciółmi, bo wiem, że w nich jest duży potencjał

Jacek Bachalski: - Nie jesteśmy społeczeństwem, które kipi od aktywności, które poszukuje możliwości rozwoju dla samych siebie. Raczej jesteśmy „obserwatorami”, którzy szukają łatwych dróg do sukcesu. Jak długo nie będziemy mieli innej jakości zarządzania miastem, uniwersytetu z prawdziwego zdarzenia, ufności do siebie, to obawiam się, że ten stan się wiele nie zmieni.

Adam Oziewicz & Marcin Cichoń

  1. Adres redakcji:
  2. ul. Łokietka 32/40 (kaskada, III p.)
  3. 66-400 Gorzów Wielkopolski
  1. Nasze telefony:
  2. redakcja: 95 736 62 22
  3. sekretariat: 95 736 62 22 wew. 100
  4. reklama: 95 736 62 22 wew. 102
  1.  
  2.  
  3.  
  1. Copyright 2017 tylko gorzów
  2. Design by trzyGieGRX design studio
  3. 11806