Piątek 20.10.2017

Jak w mieście żyje się niepełnosprawnym?

To jedno z naszych pierwszych spotkań, rozmawiamy z zawodnikami z Gorzowskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”. Na pytanie, czy mają życie towarzyskie, odpowiadają jednocześnie: oczywiście. - Problemy z akceptacją były kiedyś. Teraz jest zupełnie inaczej – mówi Tomasz Blatkiewicz, cierpiący na porażenie mózgowe multimedalista igrzysk dla niepełnosprawnych. – Mamy dziewczyny! Są z nas zadowolone. Nie ma z tym problemu – uśmiecha się porozumiewawczo Łukasz Mamczarz, który półtora roku temu w wypadku na motorze stracił nogę.

Jak się żyje?
Agnieszka Mackiewicz ma 38 lat, od 9 lat choruje na stwardnienie rozsiane. 5 lat temu zrezygnowała z pracy – była księgową w jednej z firm w Kamieniu Małym. Od 3,5 roku porusza się na wózku. – Do pracy dojeżdżałam samochodem. W pewnym momencie poczułam, że nogi całkowicie odmawiają mi posłuszeństwa. Musiałam zrezygnować z pracy – opowiada. Pani Agnieszka mieszka w tarasowcu. Wejście do domu zostało tak przebudowane, że nie ma schodów. Co z tego, skoro ulica, przy której mieszka, jest w koszmarnym stanie. Sprawy wymagające wyjścia z domu załatwia za nią jej opiekunka, którą przysyła Gorzowskie Centrum Pomocy Rodzinie i Polityki Społecznej. Pani Agnieszka zwraca uwagę również, że w Gorzowie jest niewiele lokali, których wejścia są dostosowane do potrzeb niepełnosprawnych. Jako najbardziej przyjazne miejsce handlowo-rozrywkowe określiła Askanę, w której są windy i wszędzie jest płasko, co ułatwia płynne poruszanie się wózkiem inwalidzkim. Pani Agnieszce najbardziej brakuje spotkań z innymi ludźmi, zarówno podobnie, jak ona, niepełnosprawnymi, jak i zdrowymi, brakuje jej też bliskości drugiego człowieka. Mężczyzny, z którym mogłaby się napić kawy i porozmawiać. Jej oknem na świat jest Internet, dzięki któremu kontaktuje się z innymi osobami chorymi na SM i szuka wiadomości o Gorzowie.

Beata Piwowarska, prezes Koła Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym w Gorzowie, oceniając sytuację osób niepełnosprawnych intelektualnie, nie ma złudzeń. – Wystarczy zwrócić uwagę, gdzie mieści się przedszkole dla dzieci autystycznych. Placówkę wrzucono do dawnej biblioteki przy skrzyżowaniu Krzywoustego z Armii Polskiej – dzieci nie mają ani kawałka terenu zielonego, ani słońca, tylko obskurne podwórko. W tym samym czasie przygotowano piękne przedszkole dla zdrowych dzieci na Górczynie. Nikt nie pomyślał, żeby tam przygotować salę dla kilkunastu niepełnosprawnych dzieci.

Wiesław Antosz, prowadzący warsztaty terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych, tłumaczy: – Próbujemy znaleźć przestrzeń w świecie, który nie do końca nas chce. Ale też nie pchamy się w takie miejsca, które nie są dla nas. Bo trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: są granice, ograniczenia, ale są też takie miejsca, w których możemy i powinniśmy być. Nie zdarza się już, że niepełnosprawni intelektualnie są porzucani, zaniedbywani. To wynika z długofalowej i systematycznej pracy. Nie chodzi tylko o nasze warsztaty – ale też o wiele różnych osób i środowisk, które są w tę pracę zaangażowane. Wszyscy próbujemy doprowadzić do normalnej sytuacji. Nie chodzi tylko o to, że wspinamy się po górach (grupa W. Antosza, jako pierwsza samodzielna grupa niepełnosprawnych, bez niczyjej pomocy zdobyła koronę gór polskich – to 28 szczytów), ani o to, żeby zadziwiać świat, tylko żeby grupa niepełnosprawnych wiedziała, że są sytuacje, w których samodzielnie poradzą sobie równie dobrze, jak zwykli ludzie. – Niektórzy są zagubieni i niezadowoleni z traktowania osób niepełnosprawnych intelektualnie i ich rodzin – mówi o sytuacji rodziców B. Piwowarska. Jednak dodaje, że najczęściej to osoby starsze, które wychowywały się w innym systemie – i przyzwyczaiły się do opieki społecznej. Inaczej jest z młodszymi rodzicami, którzy rozumieją, że muszą samodzielnie starać się o opiekę dla swoich niepełnosprawnych dzieci. Ponadto rozwijają się, kształcą, szukają odpowiednich placówek opiekuńczych. Niestety, pomoc z budżetu państwa dla rodziców jest symboliczna – zasiłek pielęgnacyjny dla pracujących to około 150 zł miesięcznie. Z kolei rodzic, który rezygnuje z pracy zawodowej na rzecz opieki nad swoim dzieckiem, otrzymuje 530 zł miesięcznie i jednocześnie ma zakaz podejmowania jakiejkolwiek pracy.

Gorzowianin Paweł Korzeniowski ma 24 lata, od 1,5 roku cierpi na paraliż czterokończynowy, którego doznał w wyniku wypadku. Ma niedowład rąk i nóg, uszkodzony rdzeń kręgowy. Nie ma czucia od pasa w dół. Ma problem, żeby poruszać się nawet na wózku inwalidzkim: – W domu malowałem okno na zewnątrz. Stałem na parapecie wewnątrz, w skarpetach. Parapet jest laminowany i, niestety, poślizgnąłem się – wspomina. Paweł narzeka na bariery architektoniczne i dziury w chodnikach. – Jak leżałem w hospicjum i wybieraliśmy się z mamą do sklepu czy na spacer, to katastrofa: dziury w chodnikach są takie, że nie ma jak się poruszać – zwraca uwagę.

Problem jest nawet z przedostaniem się na drugą stronę jezdni. Niektóre drogi i chodniki są tak wyprofilowane, że nie ma jak zatrzymać wózka. – Po płaskich powierzchniach dam radę, ale przy takich „rynnach” nie mam siły zablokować wózka i wcisnąć przycisku włączającego światła, nawet gdyby tam była prosta droga, bo zjechałbym prosto pod tramwaj – opisuje jedno z przejść w pobliżu hospicjum św. Kamila nasz rozmówca.

Problemem dla Pawła jest też mentalność gorzowian i to nie tylko tych pełnosprawnych. – Myślałem nad aktywizacją. Chciałem grać z chłopakami w rugby, zauważyłem jednak, że niektórym osobom nie jest to na rękę. Lekarz z jednej strony mi kazał jak najwięcej siedzieć na wózku, być aktywnym, wtedy jest lepsze ukrwienie, goją się odleżyny. Jeden z chłopaków na wózku powiedział, że w żadnym wypadku, że lekarz mi głupot naopowiadał, że powinienem przeleżeć odleżyny. Zapytałem go wtedy, czy całe życie mam leżeć.

Bogusław Nowak, jeden z najbardziej utytułowanych gorzowskich żużlowców, multimedalista, trener, założyciel szkółek żużlowych w Gorzowie i Tarnowie. Zaangażowany w działalność społeczną na rzecz poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych. Doznał wypadku, gdy miał 36 lat, podczas mistrzostw par klubowych rozgrywanych w maju 1988 roku w Rybniku. Od tego czasu jest sparaliżowany od pasa w dół.

Według B. Nowaka, w centrum przez ostatnie lata dokonał się postęp, ale poza nim, a zwłaszcza na obrzeżach Gorzowa, wszędzie są przeszkody dla niepełnosprawnych w postaci progów i schodów. – Potrzebna jest pomoc drugiej osoby, żeby pokonać krawężniki. Nie mówiąc o samym budynku Urzędu Miejskiego, który jest nieprzyjazny dla osób niepełnosprawnych ruchowo. Mówi się o tym, że urząd będzie modernizowany lub budowany nowy, ale kiedy to będzie i jak to będzie wyglądać, to jeszcze nie wiadomo – mówi B. Nowak. Jego zdaniem, bariery architektoniczne utrudniają aktywność zawodową, społeczną i towarzyską osobom niepełnosprawnym. Powodują, że ludzie, zamiast wychodzić na zewnątrz, zamykają się w czterech ścianach. W mieszkaniach z kolei największym problemem są zbyt wąskie drzwi, niedostosowane łazienki, niesprawne windy lub ich brak. – Sąsiedzi nie chcą się też zamieniać na mieszkania z niepełnosprawnymi, którzy mieszkają na wyższych piętrach – zauważa nasz rozmówca. Sam mieszka na parterze. Nie musi schodzić, bo ma specjalny zjazd. Udało mu się wywalczyć garaż, żeby zimą nie musieć skrobać zamarzniętych szyb.

Bariery do pokonania, ale przez najmocniejszych
Niepełnosprawni sportowcy radzą sobie z barierami. – Nie mamy większych problemów. Są podjazdy dla niepełnosprawnych. Natomiast jest problem z miejscami do parkowania. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś podjedzie za blisko linii oddzielającej miejsca parkingowe – osoba na wózku może mieć problem, żeby wysiąść z auta. Dużo zależy od wyobraźni zdrowych kierowców – zauważa T. Blatkiewicz, cierpiący na porażenie mózgowe multimedalista igrzysk dla niepełnosprawnych.

Zdaniem Bogusława Nowaka, osoby niepełnosprawne wciąż są postrzegane jako ludzie niepełnowartościowi. I to jedna z największych barier. Zdarza się nawet tak, że mieszkańcy, widząc taką osobę, przechodzą na drugą stronę ulicy, żeby tylko nie spojrzeć jej w oczy. Zwraca też uwagę na niedogodności w komunikacji miejskiej. – Brak niskopodłogowych tramwajów to plama ze strony miasta. Jeśli chodzi o autobusy, to wciąż otrzymuję sygnały, że kierowcy autobusów nie za bardzo chcą pomóc, jeśli chodzi o wjazd wózkiem do autobusu – opowiada.

W. Antosz opowiedział nam zdarzenie sprzed kilku lat: – Miasto ogłosiło konkurs na prowadzącego punkt informacyjny w bimbie na Hawelańskiej. Zaproponowaliśmy, że jako niepełnosprawni możemy się tym zająć. Wtedy usłyszałem opinię urzędnika: może lepiej, żeby robił to ktoś inny, bo jak to będzie wyglądać, jaka to promocja miasta? To zapytam: lepszy jest wizerunek miasta tworzony przez głupiego polityka niż niepełnosprawnego, który zachowuje się trochę inaczej, niż ktoś jest do tego przyzwyczajony.

Kto jest z nami, a kto nie?
Po wypadku od Pawła Korzeniowskiego prawie wszyscy się odwrócili – dziewczyna, znajomi. – Z mojego normalnego życia zostało raptem trzech kolegów. Z niektórymi z nich mam jeszcze sporadyczny kontakt przez telefon. Z wojska nikt kontaktu ze mną nie utrzymuje (Paweł był zawodowym żołnierzem). Ludziom się wydaje, że jestem niesprawny umysłowo i nie wiadomo jak z takim gadać. W takich sytuacjach sprawdza się powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie – zauważa. Gdy był sprawny, zawsze można było na niego liczyć, żeby coś załatwił, gdzieś wyskoczył ze znajomymi, to było wszystko OK., ale teraz, jak trzeba pomóc Pawłowi, to już jest problem. Pozostały kontakty przez Internet. Z komputerem i telefonem radzi sobie mimo niedowładu rąk.

Agnieszka Mackiewicz zauważa, że nie zawsze zdrowi odsuwają się od niepełnosprawnych. Pani Agnieszka ma syna, była mężatką. Z mężem rozwiodła się, zanim zachorowała. Gdy dowiedziała się o chorobie, sama przestała się kontaktować ze znajomymi. – Jestem introwertyczką i myślę, że sama zrezygnowałam z wielu znajomości. Znam bardzo ładną dziewczynę, chorą na SM, z którą chciał się spotykać zdrowy chłopak, a ona nie chciała, mimo że to bardzo mądry, fajny facet. Znam też taką osobę, która przestała wychodzić z domu, bo bała się, że z powodu jej choroby zostanie wzięta na ulicy za pijaną.

Pani Agnieszka nie może wrócić do pracy jako księgowa, bo ma problemy ze wzrokiem. Z komputera korzysta ze specjalnej klawiatury, wyposażonej w duże kolorowe klawisze. Na szczęście pojawiła się jednak szansa na aktywizację zawodową ze strony firmy Impuls, która zatrudnia między innymi niepełnosprawnych sportowców ze stowarzyszenia Start.

Niepełnosprawni intelektualnie: nie jest lekko Beniamin Lastowski ma 19 lat, jest niepełnosprawny intelektualnie. Fizycznie jest bardzo sprawny, co widać po wynikach sportowych – zdobywca wielu medali w łyżwiarstwie szybkim, w tym najważniejszego: srebra z zimowej olimpiady specjalnej, która odbyła się w Stanach Zjednoczonych w 2009 r. Na co dzień uczy się w tzw. klasie życia w szkole specjalnej nr 14 w Gorzowie. Jednostka przygotowuje młodzież o różnym stopniu niepełnosprawności intelektualnej do zawodu, do radzenia sobie z życiowymi sytuacjami. W szkole uczy się gotowania, sprzątania, robienia zakupów, korzystania z poczty, ogrodnictwa, malowania, stolarki. Beniamin nie czyta. Jest na etapie składania zgłosek, liczy do dziesięciu – wykonuje proste operacje arytmetyczne. Nad wyraz dobrze radzi sobie za to z komputerem.

Z Krystyną Lastowską, mamą Beniamina, rozmawialiśmy o tym, co by zmieniła w nastawieniu do osób niepełnosprawnych intelektualnie. – Oczekiwałabym większej akceptacji społecznej i pozytywnego nastawienia do takich dzieci. W tej kwestii jest jeszcze dużo do zrobienia. Te dzieciaki są na swój sposób wyizolowane. W tej chwili mieszkamy na wsi, więc dziecko ma zapewniony gminny transport do szkoły – jest busik, pani opiekunka, dzieci są zbierane, dowożone do miasta. Ze szkoły są zabierane, rozwożone prawie pod sam dom. Natomiast jak mieszkaliśmy w Gorzowie i dojeżdżał z Manhatanu do szkoły, to różne rzeczy się działy – a to go koledzy podpuścili, żeby coś zrobił. Kierowca się zdenerwował, skrzyczał go i wysadził – dzieciak musiał zasuwać do domu kawał drogi. Musiałam interweniować i wyjaśniać sprawę. Potem były przeprosiny, ale dziecko przeżyło stres. Inna sprawa, że kilku nastolatków używało sobie na nim i nikt nie reagował. Do domu przyszedł zapłakany. Powiedział, że nie będzie jeździł do szkoły autobusem, będzie chodził pieszo. Na podwórku rówieśnicy znęcali się nad nim – przybliża nam sytuację pani Krystyna.

Jak był mały, to jeszcze jakoś był akceptowany. Problem pojawił się wtedy, gdy rówieśnicy osiągnęli pewien etap rozwoju, a Beniamin pozostał w tyle. – Od pewnego momentu dzieciaki zaczęły go wykorzystywać. Teraz na wsi ma kolegów, z którymi się spotyka. Jest to jednak w miarę ograniczone życie towarzyskie. Trochę ze względów bezpieczeństwa. Beniamin po przyjściu ze szkoły zajmuje się zwierzętami: kotami i psami. Jego obowiązkiem jest wyczyścić kuwetę, przejść się z psami na spacer. Ma swój motorower na akumulator, więc może przejechać się np. do sklepu. Radzi sobie. Ze szkoły wraca ok. czwartej, więc tego wolnego czasu za dużo nie ma. Zimą ma zajęcia z hokeja – opowiada mama Beniamina.

Jest szczęśliwy? – dopytujemy. – Myślę, że tak. Jest normalnym, pełnoprawnym członkiem rodziny, który robi nam herbatę, musi zrobić zakupy. Jak jest głodny, sam musi sobie zrobić kanapkę. Ja nie mogę za niego wszystkiego robić, ponieważ mam świadomość, że to dziecko musi być w jakimś stopniu samowystarczalne.

Beata Piwowarska przypomina, że gorzowskie koło PSOUU założyli rodzice dzieci niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu bardzo głębokim. – Nasi podopieczni to osoby z upośledzeniem umysłowym, często z dodatkowymi kalectwami, niewidome, na wózkach inwalidzkich. Z reguły są to głębokie upośledzenia i nie mają szans na samodzielną egzystencję – podkreśla.

Koło prowadzi cztery placówki: ośrodek dla dzieci w wieku szkolnym (Ośrodek Rehabilitacyjno-Edukacyjno-Wychowawczy), nieco później powołano placówkę zapewniającą terapię i wsparcie dla dzieci od 0 do 7 lat (Ośrodek Wczesnej Interwencji) oraz dwa Środowiskowe Domy Samopomocy. – Z OWI (ma kontrakt z NFZ) korzysta miesięcznie około 500 pacjentów. To kompleksowa opieka – rehabilitacja prowadzona przez specjalistów NDT-Bobath, to specjalna metoda rehabilitacji dzieci uszkodzonych neurologicznie. Od 2007 roku w ośrodku przyjmowane są również osoby do 25 roku życia, które mają orzeczenie z poradni psychologiczno-pedagogicznej o potrzebie kształcenia specjalnego – przedstawia sytuację B. Piwowarska

Łącznie z placówek gorzowskiego koła PSOUU korzysta prawie 600 osób, ale nie są to tylko gorzowianie, także mieszkańcy sąsiednich gmin. Jednak, aby mieć pełen obraz. do tej liczby trzeba dodać podopiecznych w warsztatach terapii zajęciowej, młodzież z Zespołu Szkól nr 14, uczniów klas integracyjnych w SP 16 i 13 oraz podopiecznych Stowarzyszenia na Rzecz Dzieci z Autyzmem. Ponadto są osoby w domach, które nie korzystają z żadnych świadczeń, bo się totalnie wykluczyły społecznie.

A relacje z urzędnikami? – pytamy panią prezes koła. – Nie są najgorsze. Urzędnicy chcą współpracować. Gorzej, gdy pojawiają się koszty, wydatki, wtedy samorząd przyjmuje politykę przekazywania obowiązków organizacji, która ma dochód z 1 procenta, która może coś pozyskać swoim sumptem, która przygotuje jakiś projekt unijny, która może liczyć na jakąś darowiznę – a my właśnie tak funkcjonujemy.

Wiesław Antosz, prowadzący warsztaty terapii zajęciowej, zwraca uwagę, że niepełnosprawni intelektualnie żyją tym, co będzie dzisiaj, najdalej jutro. Tak jest urządzony ich świat. Ale nie dlatego, że nie potrafią go sami urządzać, czy nie mają takich zdolności. Chodzi o to, że nikt nie dba o to, żeby nauczyć ich myślenia o przyszłości. – Są opracowania, programy, projekty, w których się mówi o zmianie w tej dziedzinie. Jednak ostatecznie fakty są takie, że niepełnosprawni intelektualnie, czy chorzy psychicznie są najbardziej odtrącaną przez społeczeństwo grupą, są najmniej pożądanymi kandydatami na męża czy żonę, są niepożądanymi sąsiadami czy pracownikami – mówi z troską.

Specjaliści są zdania, że ani niepełnosprawni, ani ich opiekunowie nie oczekują, że ktokolwiek z przechodniów, gorzowian, polityków, urzędników się pochyli, spróbuje nawiązywać z nimi kontakt, bo to będą tylko puste gesty. Chodzi tylko o to, żeby mieć świadomość, że każdy może planować swoje życie – robić to mniej lub bardziej precyzyjnie, a niepełnosprawni nie mają takiej możliwości. Nie mają wyobrażenia tego co będzie za kilka lat, dlatego, że otoczenie wpaja im, że są inni i że nie nadają się do myślenia o przyszłości. Bez przerwy pozbawieni są nadziei na zmianę życia. – Na warsztatach próbujemy to zmienić. Pokazujemy, że jesteś człowiekiem, że możesz być odpowiedzialny za swoje życie i że możesz sam coś zmienić, dzięki podejmowanym działaniom. Że nie na wszystko trzeba mieć pozwolenie mamy, taty, pani instruktorki, kogokolwiek. Jak chcesz to robić, to możesz to robić. Powiedz tylko, że wiesz o swoich ograniczeniach, ale podobne mają też inni ludzie. Tymczasem niepełnosprawni żyją w kloszu, klatce, a jeżeli próbują wystawić siebie poza nią i zachowywać się inaczej, niż się od nich oczekuje, to wywołuje to ogromne zdziwienie. My próbujemy to zdziwienie niwelować – podkreśla W. Antosz.

Prowadzący warsztaty zauważa, że nie jest tak, że niepełnosprawnym brak jest kontaktu i relacji z innymi ludźmi – największym ich dramatem jest to, że oni nigdy nie są sami. Cały czas wokół nich ktoś jest. A gdy człowiek ciągle jest pilnowany, nie ma minimalnej przestrzeni do popełnienia błędu, podjęcia najmniejszego ryzyka – czego on ma się nauczyć w takich warunkach. Może się uczyć tylko lęku, strachu i poddaństwa.

Tymczasem niepełnosprawni intelektualnie z warsztatów już od dwóch lat zajmują się cmentarzem żydowskim – wcześniej opuszczone, biedne miejsce nawiedzane tylko przez pijaków. Koszą trawę, sprzątają, wyrzucają butelki po każdej nocnej libacji, bo co rusz pojawiają się nowe. Niedawno zaczęli współpracować z więźniami, środowiskiem, które również jest na marginesie zainteresowania. Prowadzą też mieszkanie treningowe. – Co ważne, nie jest to mieszkanie chronione, czyli niby mieszkanie, które ma uczyć życia i siedzą w nim panie i pilnują, żeby komuś broń boże coś złego się nie stało, żeby ktoś kogoś przypadkiem nie dotknął, bo seks niepełnosprawnych to jakiś koszmar – wyjaśnia W. Antosz.

Są sukcesy i to widać. Opiekunowie prowadzą systematyczne obserwacje, badania, opisy. I widać, że podopieczni się zmieniają, widzą to ich rodzice i otoczenie. Problem jest innego rodzaju. – Otóż celem warsztatów jest to, żeby człowiek mógł normalnie żyć, z kolei niepełnosprawny intelektualnie boi się takiej sytuacji, bo system prawny, emerytalno-rentowy jest tak skonstruowany, że żyje się od komisji do komisji ZUS-u – a główny problem, to czy będzie renta, czy nie. W takiej sytuacji pojawia się wątpliwość: czy warto być aktywnym, chcieć zmian na lepsze. Może lepiej nie – zwraca uwagę na wadę systemu prowadzący warsztaty.

Tymczasem naukowcy, psychiatrzy podkreślają, że kluczową i właściwie jedyną formą stabilizacji, powrotu do życia chorych psychicznie i niepełnosprawnych intelektualnie jest aktywność, robienie czegokolwiek, praca zawodowa.

Seks, o tym mówią, ale niechętnie
Paweł Korzeniowski od pasa w dół nie ma czucia. O seksie nie ma więc mowy. – W zaistniałej sytuacji jest to trudne. Mimo braku czucia mam wzwód – „to” ma swój rozum – mówi z uśmiechem. Ma jednak potrzebę poczucia bliskości z kobietą.

O swoich potrzebach seksualnych mówili także inni niepełnosprawni. Jedna z pań na początku nie chciała o tym mówić, ale się złamała. – Pytałam o to swojego rehabilitanta… – czy nie mógłby przyprowadzić któregoś z kolegów. Mogłabym mu nawet zapłacić – zdradza nasza rozmówczyni. Do spotkania jednak nie doszło, skończyło się na wibratorze zamówionym na allegro. Sztuczny fallus okazał się jednak za duży i częściej go ogląda, niż korzysta. Dziewczyna rozmawiała na temat korzystania z wibratora z księdzem. Jak nam zrelacjonowała, odwiedzający ją duchowny był na początku przeciwny, jednak pod wpływem argumentacji, że to w celach leczniczych, nie był już tak kategoryczny w swoim osądzie.

– O seksie nie rozmawiamy – opowiada jeden z rodziców niepełnosprawnego intelektualnie chłopaka. – Może gdyby już tego posmakował, sprawa wyglądałoby inaczej. Sytuacja wygląda obecnie tak, że ma dziewczynę, w której jest zakochany. Prowadzają się „za rączkę”. Dziewczyna jest uczennicą tej samej szkoły. Jak będą walentynki, to pocałuje ją w usta. To jest taki poziom. Dużo zajęć prowadzi z nimi pani psycholog w szkole, która w pewien sposób uświadamia ich – mają lekcje, na których poznają budowę narządów. Wszyscy wiedzą, że to jest para, wszyscy to akceptują, więc on w jakiś sposób też się w ten sposób dowartościowuje – opowiada rodzic.

Bogusław Nowak zwraca uwagę, że brak czucia od pasa w dół to nie tylko brak funkcji seksualnej. – To również niesamowita uciążliwość życia. Nie czuję fizjologicznej sprawności. Istniejące zabezpieczenia nie chronią przed zabrudzeniem – podkreśla i dodaje: – Tego rodzaju paraliż powoduje, że nie ma mowy o seksie, że nie ma nawet samej potrzeby. To jest tak, jakby wszystko tam było odcięte – zwierza się nasz rozmówca. Ciągle natomiast jest potrzeba towarzystwa, obecności drugiego człowieka (kobiety), bo, jak podkreśla, wyjątkowo ciężko się żyje samemu.

Adam Oziewicz, Marcin Cichoń

  1. Adres redakcji:
  2. ul. Łokietka 32/40 (kaskada, III p.)
  3. 66-400 Gorzów Wielkopolski
  1. Nasze telefony:
  2. redakcja: 95 736 62 22
  3. sekretariat: 95 736 62 22 wew. 100
  4. reklama: 95 736 62 22 wew. 102
  1.  
  2.  
  3.  
  1. Copyright 2017 tylko gorzów
  2. Design by trzyGieGRX design studio
  3. 13023