Czwartek 17.08.2017

Raport tg: Nasze grzechy i grzeszki

Zamysł na raport prosty jak cep. Wystarczy pogadać z gorzowianami, którzy pracują „na pierwszej linii” - tam gdzie nasze zachowania nie zawsze są w porządku. Jak oceniają mieszkańców ci, którzy na co dzień mają z nami najwięcej do czynienia? Z tego co mówią wynika, że najwyżej na słabą trójkę.

Z naszych raportów – dotąd przygotowaliśmy ich 11 – wynika, że Gorzów jest miastem do zniesienia. Cudzoziemcy, którzy są tu nieco dłużej nie narzekają, mówią, że rodowici gorzowianie przyjęli ich życzliwie. Mamy dość przypadkową i pomieszaną architekturę, ale w sumie nie jest tragicznie, bo w zamian jest wiele cudnych, zielonych miejsc. Wspólnota gorzowska nie jest najsilniejsza, ale eksperci jej bronią, przekonują, że nie może być inaczej, bo wszyscy mieszkańcy są nowi. Jednak nie ma co ukrywać, mamy też swoje za uszami...

W MZK czasami jak na wojnie
Henryk Kajzer od 30 lat jest kierowcą autobusu MZK, wozi gorzowian na wszystkich możliwych liniach. Przyznaje, że sporo się naoglądał, ma wyrobione zdanie na temat kultury swoich pasażerów. - Praca kierowcy to nie tylko droga od punktu do punktu, zdarza się, że trzeba się poużerać z pasażerami – mówi wprost.

Kłopotów jest cała masa. Bywa, że wkurza się na pasażerów. - Wydawałoby się, że z czasem powinno być coraz lepiej, a jest coraz gorzej. Kiedyś w niektóre rejony Gorzowa jechało się z przyjemnością – nie było chamstwa ani brutalności. Zupełnie normalnym było witanie się pasażerów z kierowcą – na dzień dobry była sympatyczna odpowiedź. Pasażerowie życzyli bezpiecznej drogi – tak naprawdę było. Teraz nie ma takich zachowań albo zdarzają się rzadko – zauważa nasz rozmówca.

A co najgorsze może przytrafić się kierowcy? – pytamy. - Czekam na przystanku, bo biegnie człowiek. Wsiada. I co słyszę po wejściu pasażera do autobusu: i gdzie się chamie tak spieszysz! – przedstawia jedną z sytuacji pan Henryk. - Chciałem być uprzejmy, a dostałem takie podziękowanie. Podobne zdarzenia potrafią zepsuć cały dzień – dodaje ze smutkiem.

Rano jest fatalnie. Często słyszy: A jak hamujesz! Nie wieziesz worków z pyrami! Naucz się kierować! - Wychodzi z ludzi wszystko, co najgorsze – zauważa. Tymczasem zdarza się, że prowadzący nie ma wyjścia - musi ostro postawić wóz. - Pasażerowie z przodu wiedzą o co chodzi, ale ci stojący głębiej lub na końcu rzucają ostre komentarze, nie jednokrotnie chamskie. Nie obchodzi ich, że na ulicę wbiegło dziecko z piłką – tłumaczy pan Henryk.

Przyznaje, że nie zdarzyło mu się, aby z kimś szarpał się w autobusie, ale zaznacza, że koledzy kierowcy mieli i takie sytuacje - najczęściej o później porze z pijanymi pasażerami. Na szczęście są kabiny do sforsowania. - Mimo to jest wygrażanie czy nawet burdy – zauważa.

Nigdy nie musiał przez pasażerów przerywać kursu i wracać do bazy. W najgorszym wypadku mówił, że dalej nie jedzie. Informował przez radiotelefon dyspozytora ruchu o groźnej sytuacji, on z kolei zawiadamiał policję. - Potem zawsze jest tak samo: otwieram drzwi, zadymiarze wychodzą. Są krzyki i wulgaryzmy, ale w końcu sprawa rozchodzi się po kościach.

Uważa, że o gorzowianach nie da się powiedzieć, że są dla siebie życzliwi w komunikacji miejskiej. - Największy problem jest w piątki i soboty wieczorami, gdy gimnazjaliści jadą do centrum na dyskoteki, a o świcie wracają do domu po imprezach. Nie ma na nich rady. Nie przestrzegają żadnych zasad normalnego zachowania – mówi H. Kajzer. Problem nie dotyczy całego Gorzowa, ale przyznaje, że są rejony, gdzie na ostatni kurs jedzie z duszą na ramieniu. Z kolei na porannych kursach widzi szlak imprezowy – powywracane kosze, powybijane szyby w wiatach.

Nasze grzechy
Ks. Waldemar Grzyb, 17 lat stażu kapłańskiego, od sześciu jest wikariuszem parafii katedralnej. Co według niego jest słabością gorzowian? Nie ma problemu z jej wskazaniem. - To brak wspólnoty – odpowiada. Po raz pierwszy spotkał się z tak niejednorodną społecznością – z ludźmi w tak małym stopniu zżytymi ze sobą. Brak współdziałania i spoiwa dostrzega również z perspektywy swojej pracy duszpasterskiej. Mocno zaskoczyło go to, że gorzowianie nie mają potrzeby, aby po mszy porozmawiać ze sobą. - Zanim trafiłem do Gorzowa byłem w dwóch innych parafiach. Gdy tam wychodziłem ze świątyni, to przez pół godziny nie mogłem przecisnąć się między ludźmi, aż tak żywo ze sobą dyskutowali. Gdy pierwszy raz wyszedłem po zakończonym nabożeństwie, pod katedrą nie było żywej duszy. Każdy czmychnął do swojego domu. Wyjątkiem są spotkania po mszy akademickiej – zauważa. Według księdza Grzyba, związek emocjonalny mieszkańców z Gorzowem, kończy się wyłącznie na deklaracjach.

Zdaniem duchownego podziały i brak współpracy widać nawet w sporcie. - Z jednej strony chcielibyśmy, żeby miasto było sportowym zagłębiem, a z drugiej każdy działacz ciągnie kołdrę w swoją stronę – zauważa. Zwraca również uwagę, że Gorzów nie ma silnej pozycji akademickiej. Jego zdaniem miasto w tej dziedzinie musi wiele nadrobić. - Przez lata był tu tylko AWF. Dopiero od dekady funkcjonuje PWSZ – to ciągle za krótki okres, aby zadziałało koło zamachowe dla życia kulturalnego – ocenia.

Wskazuje, że aby młodym ludziom chciało się wyjść z domu i posłuchać dobrej muzyki, to musi przyjechać megagwiazda. - Gdy 12 lat temu w innym mieście organizowałem koncert No Longer Music przyszło 800 osób. W Gorzowie ten sam występ zgromadził około 60 osób. Tu musi przyjechać Feel i to w szczytowym momencie swojej sławy. Najbardziej oblegane przez fanów koncerty świadczą, że ludzie stąd najbardziej potrzebują Disco-Polo – zauważa duchowny.

Zdaniem ks. Grzyba gorzowianie nie mają nawyku chodzenia na koncerty i słuchania dobrej muzyki, stąd trudno przebić się z czymś ambitniejszym niż „majteczki w kropeczki”. - Życie kulturalne w mieście kończy się na pubach i dyskotekach. Perełką, która daje nadzieję jest Jazz Klub Pod Filarami. Cieszę się, że powstała filharmonia, ale ile czasu będzie musiała pracować nad tym, aby gorzowianie nauczyli się odbierać dobrą muzykę? – pyta sam siebie ksiądz Waldemar Grzyb.

Gaz i legendy miejskie
Piotr Szendryk, prowadzi firmę inkasencką, od dwóch lat nie ma bezpośredniego kontaktu z odbiorcami gazu – zatrudnia pracowników. Ale wcześniej, przez 13 lat sam był inkasentem – spisywał liczniki i na co dzień użerał się z klientami w ich domach. Z perspektywy czasu ocenia, że z kulturą gorzowian jest coraz gorzej. Przypomina sobie sytuację, gdy za jednym z kolegów ktoś biegał z nożem. - Jest różnie, ale najczęściej nie ma zrozumienia dla naszej pracy. Gdy trzeba płacić zawsze jest niezadowolenie. Ludzie narzekają. Zdarzają się też chamskie odzywki – zauważa.

Nie ma wątpliwości, że najgorszy czas dla inkasenta, to okres świąteczny i tuż po podwyżce. Wtedy bywa bardzo nerwowo. - Inkasent to ostatnie ogniwo, zawsze nam się obrywa, choć wiadomo, że nie mamy żadnego wpływu na ceny energii czy gazu – podsumowuje pan Piotr.

Podkomisarz Sławomir Konieczny, rzecznik lubuskiej policji, w służbie od 15 lat. Zauważa z przekąsem, że gdyby drogówka brała na poważnie to co kierowcy mówią, aby usprawiedliwić łamanie przepisów, to wyszłoby, że jesteśmy najbardziej schorowanym i pechowym narodem na ziemi. - Kierowcy w szkolny sposób zdają się nie dostrzegać problemu albo wymyślają niewyobrażalne historie. Przykłady? Ktoś jedzie na złamanie karku, bo zostawił włączone żelazko, inny zatrzasnął dziecko w mieszkaniu bez klucza. Cuda na kiju, aby tylko uniknąć mandatu – mówi bez ogródek.

A jakie tłumaczenia kierowców najbardziej rozbawiło rzecznika? - Po kilku latach służby takie wymysły przestają śmieszyć. To przypomina zachowanie niemowlaka, który myśli, że jak zamknie oczy, to wszystko dookoła przestaje istnieć – odpowiada S. Konieczny.

Nietrzeźwi kierowcy wymyślają, że pili syropy na kaszel, zażywali lekarstwa. Podają nieziemskie ilości. - Czy ktoś o zdrowych zmysłach wypił na raz dwa syropy? – pyta retorycznie policjant. Dyżurną legendą jest też tłumaczenie na jabłko. Fermentacja owoców ma powodować powstanie alkoholu we krwi. Tymczasem opinie biegłych są jednoznaczne - takie sytuacje nie mogą mieć miejsca. Również między legendy można włożyć to, że po zjedzeniu batonika z nadzieniem na bazie alkoholu będzie wynik wskazujący stan nietrzeźwości. Tuż po spożyciu w jamie ustnej pozostaje alkohol szczątkowy i badanie go wykaże, ale po chwili całkowicie się ulotni. Był pomysł z płynem na komary, który miał być przyczyną pojawienia się alkoholu we krwi kierowcy.

S. Konieczny wspomina, że pewnego razu pokrzywdzony zeznał, że sprawca zderzenia wysiadł z samochodu, wyciągnął z bagażnika butelkę z wódką. Zaczął pić po czym powiedział: a teraz udowodnij mi, że już wcześniej byłem pijany. - Naiwny nie wiedział, że jest to do sprawdzenia. Wystarczą odpowiednie badania – zauważa.

Bliskie spotkania w taksówce
Taksówkarz, na oko trzydzieściparę lat, od sześciu wozi gorzowian. Chętnie mówi o swoich pasażerach, ale nie chce zdradzić swoich danych. Zauważa, że w nocy, gdy światła pogaszone, ludzie są bardziej wyluzowani. Fajnie się bawią, ale przy dużej ilości alkoholu. Wtedy wychodzi z człowieka to, co naprawdę w nim siedzi.

O czym rozmawiają w taksówce? – pytamy. - Mężczyźni z reguły o kobietach. Skarżą się, że żona ich zdradziła albo, że dziewczyna poszła w „tany” i nie wie gdzie jej szukać. Jeździ od knajpy do knajpy jak opętany. Kobiety o problemach sercowych mówią raczej na wesoło. Opowiadają co im się fajnego przytrafiło albo, że poznały kogoś interesującego – opowiada kierowca taksówki.

- Polityka to drugi dyżurny temat – wskazuje nasz rozmówca. Pasażerowie często komentują to, co się dzieje w mieście. Miał takich, którzy wyrażali swoją opinię na temat wyroku Tadeusza Jędrzejczak. Mówili, źle się stało, że taka sprawa dotyczy właśnie naszego prezydenta. Liczyli na to, że są to tylko pomówienia.

Mówiąc o trudnych sytuacjach przypomina sobie, że kiedyś ni stąd, ni zowąd klient uderzył go w twarz podczas jazdy. Musiał interweniować. Wyciągnął chłopaka z samochodu. Po krótkiej rozmowie wyszło, że pasażer kompletnie nie wiedział dlaczego tak postąpił. - Zarzekał się, że nie chciał mnie napaść. Myślę, że był jakichś narkotykach – opowiada kierowca. Mimo to ocenia, że miasto jest bezpieczne – zwłaszcza w centrum, gdzie działa monitoring.

Kobiety proponują seks taksówkarzom? – pytamy. - Zdarza się, ale bardzo rzadko. Pewnie nie częściej niż w każdym innym zawodzie gdzie jest kontakt z ludźmi. W taksówce jest o tyle prościej, że jest bliski kontakt między kierowcą, a pasażerem, który sprzyja nawiązywaniu szczerej rozmowy – zauważa gorzowski taksówkarz.

Strażnicy mają ubaw z gorzowian
Paweł Jurewicz w Straży Miejskiej pracuje od 6 lat jest kierownikiem referatu finansowo-logistycznego, okazuje się, że o gorzowianach nie ma najgorszego zdania. Zauważa, że łatwo ich zdyscyplinować. – Czasami jest naprawdę zabawnie. Strażnik miejski w mundurze pojawia się w autobusie, a część pasażerów nagle wychodzi albo zaczyna kasować bilety. Innym razem patrol rusza w miasto, na jedno z osiedli. Sytuacja ma miejsce bardzo wcześnie. Wielu mieszkańców jest na spacerze z psem. Jeden z nich już z daleka pokazuje, że ma torebkę na odchody swojego czworonoga. I to jest dobre! Chociaż strażnik nie idzie po to, żeby sprawdzać woreczki – wyjaśnia.

A jak gorzowianie tłumaczą się z łamania przepisów? – pytamy. - Zawsze jest ten sam schemat. Mieszkańcy mówią, skoro wszyscy tak robią to dlaczego ja nie mogę? Jeżeli ktoś źle zaparkuje, to narzeka: zacznijcie budować parkingi albo zajmijcie się psami. Właściciele psów najeżdżają na pijaków, a pijacy... i tak w koło. Tymczasem nikt nikomu nie zapewni miejsca parkingowego pod oknem, sklepem czy klatką w bloku. Często kierowcy tłumaczą się, że stanęli w niedozwolonym miejscu tylko na chwilę, żeby zanieść ważną przesyłkę, odwieźć babcię. Takich „chwilówek” jest cała masa – zauważa z przekąsem P. Jurewicz.

Strażnik Miejski przypomina też sobie inną tragikomiczną sytuację. – Wuft, pełno worków ze śmieciami, elementy budowlane. Są też dokumenty wskazujące źródło pochodzenia. Pojechaliśmy pod adres znaleziony w papierach. Pukamy. Mieszkanie w remoncie, w przedpokoju stoją identyczne worki - ten sam materiał, te same pozdzierane tapety. Cwaniak mówi: a udowodnijcie mi teraz, że to moje śmieci. Sprawa skończyła się w sądzie. Nie było żadnego problemu z przeprowadzeniem dowodu. Mężczyzna został ukarany – przedstawia finał sprawy P. Jurewicz.

Opóźnienia w Gorzowie
Grzegorz Staszak z zegarkami ma do czynienia od 1974 roku. Mówi, że to kawał czasu, właśnie ze swoich początków pamięta mistrzostwa świata w Niemczech. Tymczasem w jego zakładzie zegarmistrzowskim na ekranie telewizora Copa America powtórka meczu Argentyny z Columbią. Rodowity gorzowianin, zaczynał u jednego z jubilerów, później przeniósł się do Domu Towarowego Rolnik – otworzył własny zakład. A teraz działa w piwniczce przy Łokietka.

Zauważa, że ludzie coraz rzadziej noszą zegarki. - Do końca lat 90. bez zegarka nie dało się żyć. Każdy musiał go mieć. Tradycja nakazywała, aby na komunie każdy młody człowiek od chrzestnego dostał zegarek – tylko wtedy była pełna satysfakcja – wspomina.

G. Staszak zwraca uwagę, że na początku tego wieku na dobre weszły komputery, internet i komórki. I właśnie wtedy zegarki zaczęły znikać z rąk gorzowian. - Jeszcze do końca lat 90. stare stojące zegary były czymś zwyczajnym. Ludzie nie specjalnie je szanowali. Niektóre trafiały do mnie bardzo zniszczone. Na wsiach trzymano je w stodołach, nawet wyrzucano gdzieś pod las. Wiem o tym, bo po kilku latach wróciła moda na starocie i ludzie zaczynali je do mnie przywozić – opowiada pan zegarmistrz.

Pan Grzegorz zdradził, że z uwagi na swój zawód, przywiązuje szczególną wagę do punktualności. Nie zdarzyło mu się, aby zakład otworzył później, ale przyznaje, że czasami musi zamknąć nieco wcześniej, jak ma coś do załatwienia w mieście. – Wolę wcześniej przyjść niż się spóźnić – mówi z uśmiechem.

Zauważa też, że coraz rzadziej szanuje się czas swój i innych. - Młodszych czas jakby mniej interesuje – nie noszą zegarków, wszystko odmierza im komórka. Z kolei ludzie starsi i w średnim wieku, znacznie rzadziej się spóźniają – ocenia.

Pan Grzegorz przyznaje, że bardzo się denerwuje, gdy ktoś się z czymś spóźnia. Zwraca uwagę, że na co dzień ma dużo takich sytuacji. – Pewnego razu klient mówi, że odbierze zegarek w dany dzień, nawet zaznacza, że wolałby szybciej, a w końcu przychodzi po miesiącu. Są tacy, którzy zjawiają się u mnie po roku i mówią: przyszedłem odebrać zegarek – opowiada.

Adam Oziewicz & Marcin Cichoń

  1. Adres redakcji:
  2. ul. Łokietka 32/40 (kaskada, III p.)
  3. 66-400 Gorzów Wielkopolski
  1. Nasze telefony:
  2. redakcja: 95 736 62 22
  3. sekretariat: 95 736 62 22 wew. 100
  4. reklama: 95 736 62 22 wew. 102
  1.  
  2.  
  3.  
  1. Copyright 2017 tylko gorzów
  2. Design by trzyGieGRX design studio
  3. 11806