Czwartek 17.08.2017

W Gorzowie coś nawala! W tym mieście ludzie nie potrafią żyć razem

Raport „tg”: Gorzów, 2007 rok: 294 rozwody, 2008 aż 357, w 2009 roku niewiele mniej, bo 304. Ubiegły rok oznaczał rozpad dla 354 małżeństw - to aż 40.4 proc wszystkich zawartych ślubów w 2010r. To najgorszy wskaźnik w historii miasta.

Adwokat Jerzy Synowiec wspomina niezwykle zażartą sprawę rozwodową sprzed prawie 20 lat. Małżonkowie wylewali na siebie tony pomyj angażując bliższą, dalszą rodzinę, a nawet znajomych. - To był odrażający, składający się z wielu rozpraw spektakl - zauważa. Po drugiej stronie był adwokat Jerzy Wierchowicz. Ostro walczyli używając wszystkich możliwych argumentów. W końcu wygłosili półgodzinne przemówienia, w których nie pozostawili suchej nitki na małżonkach. Sąd z uwagi na to, że był kompletnie wyczerpany przebiegiem sprawy wyznaczył publikację wyroku za trzy dni. - Przychodzimy z kolegą Wierchowiczem do sądu w wyznaczonym terminie, wchodzimy na salę i słuchamy z niedowierzaniem, że małżonkowie się pogodzili złożyli pismo, już nie chcą rozwodu.

Teraz takie sprawy to rzadkość. Jeżeli nie ma konfliktu to wszystko idzie migiem. – Rozwód można załatwić w pięć minut – mówią jeszcze do niedawna małżonkowie. Wspominają, że raptem po kilku minutach przerwy weszli na salę i od razu usłyszeli od sędziego: jesteście państwo rozwiedzeni.

Statystyki wskazują, że coraz częściej młodzi ludzie zawierają drugi związek jeszcze przed skończeniem 24 lat. Mirosława Winnicka, kierownik USC w Gorzowie uważa, że może to świadczyć o regresie instytucji małżeństwa. - Nie ma tej rangi, jaką przykładali do niej nasi rodzice. Kiedyś to było najważniejsze wydarzenie w życiu człowieka. Teraz chyba już nie – przypuszcza. Ponadto coraz więcej osób zawiera małżeństwa po pięćdziesiątce – są już po rozwodzie bądź wdowcami. - Przestaje im wystarczać swobodny związek. Nie raz mówią wprost, że chcieliby zabezpieczyć materialnie partnerkę, czy partnera – dodaje.

Małżeństwo z przeszkodami
- Po pierwszych motylach nawet nie zauważysz jak szybko przychodzi zwykłe życie – przekonuje dziewczyna jeszcze przed trzydziestką, ale już po rozwodzie. - To chyba brak wspólnej pasji i celów nas oddalił – ocenia sytuację swojego byłego związku. Dodaje, że przez lata goni się za tym, żeby utrzymać rodzinę i kiedy sytuacja finansowa poprawia się, zauważasz, że małżeństwo jest puste. Nic się nie klei i nie ma woli żeby coś poprawić. - Brak pieniędzy to nic w porównaniu z tym co naprawdę złego może dziać się w rozpadającym małżeństwie – zauważa.

Wydawało się, że pasują do siebie jak żadna inna para. Mimo to rozwiedli się po kilkunastu latach małżeństwa. On ma dziś 38 lat, ona jest o rok młodsza, poznali się jeszcze w szkole średniej. On na pierwszy rzut oka nie ma nic z egoisty. Jednak dobrzy znajomi mówią o nim: takiego sknery to ze świecą szukać. Studiowali w innych miastach, mimo to związek przetrwał. Potem też było wszystko dobrze. On z miejsca dostał dobrą pracę. Ona miała problemy – coś tam robiła, ale bez satysfakcji finansowej. On dźwigał ciężar utrzymania rodziny (dziecko pojawiło się już na studiach). On cały czas był zachowawczy, nie chciał kredytu, mimo, że potrzebowali większe mieszkanie. Ale z drugiej strony niczego im nie brakowało. Żyli skromnie, ale mieli samochód i mieszkanie. Dziecko miało wszystko co najważniejsze. Mówili o niej złota dziewczyna, o nim świetny chłopak. Na nic super relacje, podobne wykształcenie, wspólne klimaty. Dziś oboje przyznają, że nie poszło tylko o jedną rzecz – wszystko się nawarstwiło. Ona, z domu gdzie nigdy nie brakowało kasy, po latach zarzuca mu zachowawczość i sknerstwo: – Ciułać, gdy naprawdę nie ma się pieniędzy to rozumiem, ale teraz? Po co? Skoro jest praca, stabilizacja, są możliwości to należy je wykorzystać – mówi. Z kolei on często rozważa co mógłby zrobić, a czego nie zrobił: - Chodzi o te pieniądze? Wiem, że można wyciągnąć ich więcej, ale chyba nie o to w życiu chodzi? Jeszcze przed rozwodem ona znalazła dobrą pracę. Gdy tylko ustabilizowała swoją sytuację materialną odeszła zabierając córkę.

Świat się zmienia
- Widać zmiany w zachowaniu osób, które chcą rozwodu – zauważa J. Synowiec. Przed laty było więcej „walki o winę”. Małżonkom zależało na tym, żeby wykazać, kto zawinił przy rozkładzie pożycia. Dzisiaj pary podchodzą do rozwodu bardziej racjonalnie niż 15, czy 30 lat temu. Również sądy wychodzą naprzeciw takim sprawom. Już nie zmuszają małżonków do posiedzeń pojednawczych, na których namawiano do zgody. Także koszty sprawy rozwodowej nie są żadną barierą. 600 zł to nie jest duża kwota. Zatem rozejść się jest dość łatwo. Ponadto jeżeli małżonkowie dogadają się co do tego, że rozwód jest bez orzeczenia o winie i ustalą między sobą jak ma wyglądać opieka nad dziećmi i alimenty to rozwód może być załatwiony na jednej, maksymalnie dwóch sprawach. - Nadal zdarzają się sprawy, w których jest walka o winę, a zwłaszcza o dzieci i alimenty, ale takich sytuacji jest zdecydowanie mniej niż kiedyś. W końcu i tak każdy z małżonków uważa drugiego za winnego, a rodzina każdego z małżonków uważa, że to oni mają rację. Wyrok, w którym ustala się winę tak naprawdę nikogo nie zadowala. Co ważne, sąd ustalając winę nie kieruje się tym, kto jest bardziej winny, ustala tylko takie sytuacje kiedy jeden z małżonków jest wyłącznie winny – wyjaśnia J. Synowiec.

Tomek i Asia poznali się w pierwszej klasie liceum. Zakochali się, ale rok przed maturą stracili ze sobą kontaktu. Ponownie natknęli się na siebie po czterech latach. Stare uczucie odżyło. Zaczęli się spotykać. Po jakimś czasie były zaręczyny, a w 2002 roku ślub. – Byłem przekonany, że to właśnie ta dziewczyna. Były małe wątpliwości, ale uznałem, że to normalna rzecz przed taką decyzją.

Ich małżeństwo trwało trzy lata. Pierwsze dwa nie wskazywały na ciężki koniec. Ale przyszedł moment kiedy zaczęło się psuć. – Rzeczy, które dotąd mi w niej nie przeszkadzały zaczęły mnie irytować. Zauważyłem, że z jej strony było podobnie. Na dodatek teściowie bezustannie podkreślali, że skoro dom jest ich to mamy podporządkować się ich zasadom. Wstawali codziennie o siódmej rano – tego samego oczekiwali od nas. Nie mieliśmy prywatności. Za wszelką cenę organizowali nam życie. W niedzielę teściowie chodzili do kościoła. Z żoną zostawaliśmy w domu. Wkurzali się na to, obrażali.

Żona na początku trzymała jego stronę, ale z czasem wybrała rodziców. Teściowie zaczęli czepiać się o wszystko: o to, że zamiast pojechać z nimi na grzyby kosił trawę. A gdy nie chciał z nimi oglądać telewizji od razu mieli powód do docinek. Jego wieczorne korzystanie z internetu nazywali uzależnieniem od komputera. W końcu podjął decyzję o odejściu. Wyprowadził się i oznajmił, że chce się rozwieść. Na początku reakcja żony była histeryczna. Po kilku dniach i ona stwierdziła, że rozwód będzie najlepszym wyjściem. Wtedy do Tomka dotarło, że decyzja o ślubie zapadła zdecydowanie za szybka.

Na szczęście nie mieli dzieci. Sprawy majątkowe załatwili polubownie. Pozostało tylko złożyć pozew i czekać na termin rozprawy. Rozwód bez orzekania o winie miał pójść gładko. Jednak po niedługim czasie żona zaczęła żądać od niego pieniędzy. Straszyła, że jeżeli nie zapłaci to trafi do więzienia. Teściowie oskarżali go o handel narkotykami. Powoływali się na fikcyjne osoby, które miały to poświadczyć. - Sytuacja powoli stawała się nie do zniesienia, bo ile można było słuchać, że jest się gejem, zboczeńcem, dealerem i narkomanem. Jednak niedługo przed rozprawą moja żona zadzwoniła. Rozmawialiśmy spokojnie, nie miała o nic pretensji. Byłem zaskoczony. Spodziewałem się kolejnych oskarżeń, a nawet tego, że wycofa pozew bez orzekania o winie i postanowi spróbować udowodnić, że wszystko przeze mnie. W końcu doszło do rozprawy. Wszystko trwało około dwudziestu minut. Uzyskaliśmy rozwód już na pierwszym spotkaniu w sądzie – opowiada.

Tomek wkrótce dowiedział się, że już na kilka miesięcy przed rozprawą żyła z innym facetem, a w czasie, kiedy otrzymali rozwód była w ciąży z tym mężczyzną. - Skłamała, pisząc w pozwie, że nie jest z nikim w związku. Poczułem się oszukany – oskarżano mnie o straszne rzeczy, gdy druga strona już żyła z kimś innym – narzeka.

Tomek z nową dziewczyną jest od roku, mówi, że nie będzie spieszył się z formalizacją związku. Chce się z nią ożenić, ale drugi raz nie popełni tego samego błędu. - Damy sobie jeszcze kilka lata. Musimy być pewni swojej decyzji i na bank nie będziemy mieszkali z jej czy moimi rodzicami – podkreśla.

W związku nie tylko łatwo
Psychologowie mówiąc o związkach małżeńskich podkreślają, że silne uniesienie trwa może pięć lat, raczej nie więcej. - Jeżeli pozostanie z tego związek ludzi, którzy siebie lubią i szanują, potrafią ze sobą być i potrafią siebie wspierać, to super. A jeżeli nie i ocenią, że wszystko jest już wypalone i zostały same pretensje to nic dziwnego, że nie chcą być razem. Jeżeli potrafią się rozstać w sposób cywilizowany, to dobrze. Jednak zazwyczaj rozwody przebiegają dramatycznie. Małżonkowie są postawieni w konkretnych okolicznościach – obarczają się winą za niepowodzenia. Ponadto pojawiają się inne, równie frustrujące zagadnienia typu: co powiedzą w pracy, co powiedzą rodzice i krewni, jak podzielić majątek, co zrobić z dziećmi. Na dodatek oboje tracą pozycje wśród znajomych, bo nawzajem siebie obgadywali. Ona mówi, że pewnie miał kochanki albo na odwrót – często okazuje się, że są to wymyślone historie – mówi o typowych sytuacjach rodzinnych terapeuta Marek Tracz.

Trzydziestosiedmiolatek, od kilku lat rozwiedziony, w rozmowie z nami przekonuje, że za wcześnie się ożenił. Twierdzi, że gdy ma się 20 lat trudno ocenić co jest ważne. Przez lata zmieniają się zainteresowania, nawet hierarchia wartości. Będąc zupełnie młodym trudno ogarnąć samego siebie, a co mówić o związaniu się. – Wybór partnerki w młodym wieku obarczony jest dużym ryzykiem. Jeżeli komuś się uda za pierwszym razem to może mówić o swojej dojrzałości, czy mądrości, ale przede wszystkim o darze od losu – podkreśla.

Gdy do Mirosławy Winnickiej szefowej USC trafiają bardzo młodzi ludzie, bo „wpadli”, do tego rodzice naciskają na zawarcie ślubu – wtedy tłumaczy, że czasy się zmieniły i wcale nie muszą decydować się na małżeństwo. Tymczasem oni argumentują, że chodzi o opinię sąsiadów, rodziców. – Wtedy już mam pewność, że małżeństwo rozsypie się jeszcze przed upływem pięciu lat, bo statystyki są nieubłagane – zauważa.

O. Dariusz Galant ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów przy Brackiej zwraca uwagę, że małżeństwa coraz częściej zawierane są między osobami, które wyznają zupełnie inne wartości. Na dodatek dominuje naiwna i romantyczna wizja o uzupełniających się przeciwieństwach. – Trzy lata temu przyszła do mnie piękna dziewczyna, śliczna blondynka, która poznała w Anglii muzułmanina. Zapewniała mnie, że będzie z nim szczęśliwa, że jej wybranek nie będzie przeszkadzał w wychowywaniu dzieci, że będą się rozumieć, bo bardzo się kochają. Nieźle się natrudziłem, żeby to małżeństwo zaistniało i w końcu dałem im ślub. Nie musiałem długo czekać na efekty. Już w tym roku przyszła do mnie i mówi: proszę księdza koniec, on chce mieć harem! – przedstawia sytuację o. D. Galant.

Gorzów nie wygląda dobrze
Gorzów jest w czołówce na rozwodowej mapie Polski. Mimo to J. Synowiec uspokaja. - Nie jesteśmy wyjątkowi pod względem liczby rozwodów. To zjawisko charakterystyczne dla całego zachodu Polski - od Gdańska przez Szczecin, Gorzów, Zieloną Góra i Wrocław. Tutaj ludzie są bardziej otwarci na świat. Częściej wyjeżdżają, więcej wiedzą. To czynnik, który może destabilizować rodzinę. Ludzie na Podkarpaciu, czy w kieleckim są bardziej tradycyjni. Mniej ich interesuje wszystko co poza granicą swojego powiatu, czy gminy. Ponadto na zachodzie przywiązanie do religii jest mniejsze niż w wschodniej, czy południowej Polsce – wyjaśnia adwokat.

Chodzi też o to, że nie umiemy rezygnować ze swoich przywilejów. A gdy nie chcemy rezygnować, to z kolei nie jesteśmy w stanie pójść na kompromis. Właśnie wtedy zalegają w nas bardzo drobne rzeczy, które nie wyczyszczone, po czasie, urastają do rangi wielkich problemów. Marek Tracz, terapeuta rodzinny tłumaczy, że zalegać może to, że on kiedyś nie pojechał z nią na wakacje, bo uczył się do ważnego egzaminu. Ona po latach wspomina, przy podobnej sytuacji, że coś takiego już się przytrafiło – ona przez cały wyjazd miała na głowie małe dziecko i, zamiast odpocząć, ciągle była umęczona. A on co? Siedział sobie nad książkami i kompletnie nic go nie obchodziło. To, że się uczył, to dla niej bzdura. - Jeżeli takie rzeczy nie są załatwione u źródła, to każda kolejna podobna sytuacja, np. pójście wieczorem na piwo z kolegami, jest powielaniem schematu: on znowu ją porzuca, on znowu o nią nie dba, ona znowu czuje się niepotrzebna, niedoceniona, nie adorowana – podkreśla specjalista.

Tak zwane zaleganie dotyczy równie często kobiet i mężczyzn. Tak czy inaczej, każdy działa według własnego schematu. Istnieje genogram, z którym wnosimy do związku małżeńskiego wiele subiektywnych rzeczy. Jesteśmy wychowani w środowisku, w rodzinie, gdzie obowiązują jakieś zasady. Przebywaliśmy przez całe życie w określonym towarzystwie. Dlatego posługujemy się określonym systemem wartości. Z kolei druga osoba wnosi do związku kompletnie coś innego. Trzeba też pamiętać, że kobieta w związku pełni radykalnie inną rolę niż mężczyzna. Oprócz tego małżonkowie te role mogą różnie postrzegać, w zależności od preferowanego przez siebie sposobu patrzenia na świat.

Co jest największą satysfakcją terapeuty? – pytamy. - Gdy ludzie rozmawiają ze sobą na trudne tematy, nie krzyczą na siebie, chcą siebie trochę zrozumieć i zaczynają wyjeżdżać sami na wakacje. Dla każdego ważne jest oddychanie własnym powietrzem. Za rzadko pozwalamy drugiej osobie na autonomię – zauważa M. Tracz.

Złe przygotowanie do sakramentu małżeństwa – oto jedna z głównych przyczyn rozwodów zauważa o. Dariusz Galant ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów przy Brackiej, odpowiedzialny za Specjalistyczną Poradnię Rodziną. - Wczesne wychowanie, wzór życia małżeńskiego preferowany przez rodziców, duchowe przygotowanie tuż przed sakramentem małżeństwa – wszystko to również wpływa na trwałość związku.

Od dziecka przygotowujemy się do życia w małżeństwie. Obserwujemy swoich rodziców –powielamy dobre wzorce, ale również i złe.

Zatem według osób duchownych małżeństwo przypomina budowanie domu. Jeśli postawimy go na skale, czyli na prawdziwej miłości, wierności, czystości przedmałżeńskiej to taki dom przetrwa każdą burze. Tymczasem młodzi już na kursie przedmałżeńskim nie chcą o tym słuchać, śmieją się z tego. A przecież współżycie przedmałżeńskie psuje wierność, bo ujawnia brak hamulców. Współżycie przestaje być świętością zarezerwowaną dla małżeństwa.

O. D. Galant przytacza taką oto historię: – Kobieta przystępuje do spowiedzi. Mówi, że nie ma żadnych ciężkich grzechów. Pytam ją wprost o czystość przedmałżeńską. Co słyszę? Proszę księdza, nic z tych rzeczy, wszystko jest OK. Rozgrzeszam ją. Podchodzi jej narzeczony i zaczyna spowiedź od tego, że było w związku współżycie seksualne. I co ja mogę zrobić? Obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi. Dziewczynie nie mogę cofnąć rozgrzeszenia. Mam związane ręce i sumienie. Tylko ja i Pan Bóg wiemy, że ślub został przyjęty w sposób świętokradzki. Jak może zadziałać boże błogosławieństwo i czy para może liczyć na trwałość związku, skoro od samego jego zawarcia jest ono budowanego na kłamstwie.

J. Synowiec nie sądzi, aby na przykład zmiany ustrojowe wpłynęły na dużą liczbę rozwodów. - W latach osiemdziesiątych często jeden z małżonków wyjeżdżał do pracy w Niemczech, czy w Stanach. Nie dało się wielokrotnie wyjeżdżać, dlatego taka osoba zakładała za granicą nową rodzinę. Dzisiaj jest podobnie - ludzie wyjeżdżają zagranicę, bo tam jest zdecydowanie łatwiej, to trochę przypomina ucieczkę. Z tym, że dawniej to była konieczność, a dzisiaj wybór – podsumowuje adwokat.

Marek Tracz, pedagog, terapeuta rodzinny, trener umiejętności psychospołecznych: - Do związku wnosimy różne rzeczy i, albo jesteśmy gotowi pójść na kompromis, albo nie. Dlatego ważna jest szeroko pojęta edukacja. Jeżeli kobieta jest świadoma tego, że każdy facet jeszcze jako mały chłopiec przechodził np. homofilną fazę rozwoju i wie dlaczego tak się dzieje, to wszystko w związku staje się prostsze.

o. Dariusz Galant ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów przy Brackiej: - Nie dbamy o małżeństwo, nie dbamy też o swoją religijność. Lekceważymy to co święte w naszym życiu. Tymczasem eucharystia buduje wierzącemu wspólnotę rodzinną, daje pojednanie, przypomina o rzeczach najważniejszych, daję pokorę i siłę do pokonywania trudności. Jeżeli w związku wierzącą jest tylko jedna osoba to prędzej czy później dojdzie do konfliktu. I albo wspólne życie będzie nieustannym krzyżem albo małżonkowie nie wytrzymają i będzie rozwód.

Jerzy Synowiec, adwokat: - Bywa, że mąż porzuca kobietę z dziećmi, bo znajduje „nowszy egzemplarz żony”. Taka krystaliczna postać występuje jednak rzadko. Często sąd ustala, że mężczyzna jest winien w 80 proc., kobieta w 20, czyli oboje są winni za rozkład pożycia. Nie pisze się wtedy o procentach – jedno i drugie jest winne.

Mirosława Winnicka, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Gorzowie: - Ślub kościelny już nie daje gwarancji trwałości. Przypominam sobie taki oto przypadek: szykował się duży ślub na 300 osób. Było sporo zamieszania. Ślub się odbył. Ale po tygodniu przyszła pani i chciała unieważnić małżeństwo. Powód? Gdy para wychodzili z kościoła, już po złożonych oświadczeniach, facet nagle przyznał, że jego inna dziewczyna właśnie rodzi dziecko i musi natychmiast jechać do szpitala. Zostawił nowopoślubioną panią przed kościołem. Na szczęście ksiądz zapomniał dostarczyć zaświadczenia w odpowiednim czasie, wskazanym w ustawie. Zatem w świetle prawa ślub był nieważny - zostali małżeństwem przed Bogiem, ale bez skutków cywilnoprawnych.

Adam Oziewicz i Marcin Cichoń

  1. Adres redakcji:
  2. ul. Łokietka 32/40 (kaskada, III p.)
  3. 66-400 Gorzów Wielkopolski
  1. Nasze telefony:
  2. redakcja: 95 736 62 22
  3. sekretariat: 95 736 62 22 wew. 100
  4. reklama: 95 736 62 22 wew. 102
  1.  
  2.  
  3.  
  1. Copyright 2017 tylko gorzów
  2. Design by trzyGieGRX design studio
  3. 11806